czwartek, 2 stycznia 2014

Czy Nowy Rok może kreować presję?

No i mamy Nowy Rok Gregoriański - 2014. W 1582 roku papież Grzegorz XIII zapoczątkował takie oto odliczanie czasu. Jeżeli pójdziemy dalej, to na naszej pięknej kuli ziemskiej istnieją równolegle różne mierniki czasu zwane kalendarzem. Kalendarz, jak donoszą źródła, to umowna, przyjęta w danej społeczności bądź kulturze, rachuba czasu. Dzieli ona czas na powtarzające się cyklicznie okresy, związane najczęściej z cyklami przyrody. No mamy takie oto kalendarze:
- księżycowe (lunarne), np.: starogrecki, rzymski, babiloński, żydowski, muzułmański;
- księżycowo - słoneczny, np.: egipski, indyjski, chiński i pochodne: japoński, mongolski, tybetański.
- słoneczne, np.: Majów, aztecki, irański, juliański, gregoriański czy szwedzki.
Wiele z nich swój początek ma inny i trochę inaczej czas odmierza. Kalendarz, bardzo ciekawe zjawisko. Ten temat z pewnością można ekspolorować znacznie głębiej, co też polecam zainteresowanym :).
Tak czy inaczej dwa dni temu hucznie powitaliśmy kolejny rozdział czasu numer 2014. Niektórzy bawili się na wspaniałych balach, klubowych imprezach, domówkach. Część pracowała czy też spędziła tą noc w towarzystwie siebie samego. Media takie jak telewizja, radio, internet są bardzo aktywne w tym czasie. Bardziej lub mniej subtelnie wyznaczając nam sposób celebrowania tego czasu. Jest to również, jak twierdzą, czas do nowych postanowień, życzeń i tworzenia marzeń. No cóż - może jest może nie. Jedno, co można z pewnością stwierdzić, to fakt, że przy takim natłoku informacji i eventów wszelakich można całkiem niechcący wpaść w potężny wir który nazywamy - presją.
Presja może pochodzić od: rodziny, znajomych, przyjaciół, kolegów z pracy, szkoły czy też od pompowanej przez media energii "bycia w akcji", działania. Presja może się objawiać poprzez podświadome odczuwanie że coś się powinno zrobić, oraz z odczucia poczucia winy że nie ma się pomysłu na siebie a powinno się go przecież mieć. Wiele osób odczuwa w tym czasie również presję upływającego czasu. Myślą oni wtedy: kolejny rok minął a ja co? Jestem w tym samym miejscu, nic nie zrobiłem/łam, najzwyczejniej starzeje się. Pojawia się smutek, melancholia a może i lekka depresja. Presja - to pułapka w którą bardzo łatwo jest wpaść. Co zrobić zatem aby ją zobaczyć i jednak nie skorzystać z jej usług?
Pierwszą rzeczą jest, wydaje mi się, postanowić sobie, że: nic nie muszę, a już na pewno nie dlatego że tak mówi kalendarz. Oczywiście żyjemy w społeczności która żyje zgodnie z kalendarzem i niektóre aktywności jak płacenie podatków, faktur czy innych administracyjnych rzeczy, po prostu musimy realizować. No chyba że wybierzemy inaczej, jak bohater Into the Wild :). Jednak poza tym postanówmy sobie nie wywierać na sobie presji. Nic nie musisz, po prostu BĄDŹ. Rób jeśli czujesz, nie rób jeśli nie czujesz. To takie proste a jednak tak skomplikowane.
 
Wszystkim Wam, a także i sobie życzę z tej okazji:
 
1. Wypuszczenia powietrza z "balona",
2. Działania wtedy, gdy wiem jak mam działać i gdy chcę to robić,
3. Uśmiechu na twarzy i spokojnego serca!
 
 
 
 
 

niedziela, 22 grudnia 2013

Traktuj siebie z życzliwością, szacunkiem i miłością

Traktuj siebie z życzliwością, szacunkiem i miłością. Łatwo powiedzieć, napisać - trudniej zrobić. Tak to z tym zamienianiem pojęć na działanie bywa :). Jednak chyba warto spróbować. Już od kilku dni coraz bardziej czuć atmosferę Świąt. Chcąc czy nie chcąc ją czujemy. W sklepach grają kolędy, na ulicach piękne światełka, w pracy Christmas Party. Kupujemy, czy też samodzielnie robimy podarunki dla najbliższych. Jednym słowem - wspaniała atmosfera! Zbliżające się Święta dostarczą nam okazji do spotkań, telefonów, wymiany smsów gdzie będziemy życzyć sobie Wesołych Świąt, spokoju, radości, szczęścia i miłości. Z punku widzenia energii popatrzcie jaki to ładunek emocjonalny skupiony w krótkim czasie. Miliony ludzi na całym świecie mają w tym czasie otwarte serca wypełnione "dobrą" energią. Taka energia naprawdę może zdziałać cuda - niż zatem dziwnego że ten czas to Czas Cudów :).
W tym czasie jednak zdarza nam się zapomnieć o sobie. Życzymy innym a siebie zostawiamy gdzieś z tyłu. A może by tak pod choinką położyć dla siebie karteczkę: "Traktuję siebie z życzliwością, szacunkiem i miłością."
Życzliwość - wyciągam z szaf wszystkie narzędzia służące do samobiczowania się. Narzędziami takimi mogą być na przykład mocne stwierdzenia, które mówimy do siebie: ale jestem głupia, jestem beznadziejna, znowu mi się nie udało, nigdy mi się nie udaje, powinnam zrobić to, nie powinnam robić tego, muszę.
Szacunek - wszystkie swoje działania przeprowadzam z pełnym poszanowaniem siebie. Wsłuchuje się w siebie i wiem co mam robić. Jestem w prawdzie ze sobą. Gdy jestem w prawdzie ze sobą jestem spokojna, mam czystość umysłu.
Miłość - nie będę się podejmowała próby definicji tego pojęcia. Najzwyczajniej w życiu nie wiem jak się do tego zabrać. Każda próba spłyca je niesamowicie. Poza tym wydaje mi się, że nie można tego opisać. Jedyne skojarzenia które mi się nasuwają to: czystość, spokój i współodczuwanie. Tak. Byłoby tego zapewne więcej, ale wtedy zrobi się już mix maślany. 
Wydaje mi się, że jeżeli będziemy myśleć o sobie tymi kategoriami innych będziemy traktować tak samo. Po prostu nie ma innej opcji. Zatem tak ważne jest - zacząć od siebie - jak zwykle :). Nic się w tej materii nie zmieniło.
 
Życzę wszystkim wiernym czytelnikom bloga JoQUEST traktowania siebie z Życzliwością, Szacunkiem i Miłością.
 
Już Jezus mówił:
"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego."
 
I Budda:
 
 

wtorek, 5 listopada 2013

Proces tworzenia czyli zamień niepowodzenie w doświadczenie

Uwielbiam tą adrenalinę, która wydziela się, gdy robię coś pierwszy raz. Nie wiem jaki będzie następny krok, następna czynność. Nie wiem czy to co zrobię będzie dobre czy nie, czy będzie działać, czy też okaże się totalną klapą. Jak to wspaniale jest po prostu zacząć. Zacząć coś robić. Ja ostatnio bawię się szeroko rozumianą sztuką i.. tworzę art-dzieła. Ostatnio wpadł mi do głowy pomysł że można byłoby wykorzystać jesienne liście i w jakiś sposób zatrzymać ich kolor. Udałam się więc w tym celu na spacer do parku gdzie zebrałam różnokolorowe dary drzew. Nie zdawałam sobie sprawy z różnorodności kształtów i kolorów. Przechadzające się z pieskami starsze panie pytały z uśmiechem: do przedszkola pani zbiera, prawda? No cóż odpowiadałam - poniekąd tak :). Radość dziecka wciąż we mnie jest. Kolejnym krokiem było znaleźć coś do czego można te liście przyczepić, przykleić itp.? No i czym. Z ogromną determinacją znalazłam bardzo duży kawał kartonu i klej specjalny się znalazł. Przystąpiłam do tworzenia dzieła. Nie wiedziałam, czy klej będzie trzymał, czy jak pobrudzę liście klejem to co się stanie. No i czy te liście koloru nie wytracą. Jak mówi mój znajomy, to równanie z wieloma niewiadomymi. Przystąpmy do rozwiązania - zaufaj że będzie dobrze. Zaufałam i kleiłam. Wyszło pięknie. Tak mnie to nakręciło że kolejnego dnia już nie sama spacerowałam po parku zbierając kolejna partie liści. Powstawały kolejne dzieła. I tu zobaczyłam czym jest proces tworzenia, udoskonalania. Na początku nie wiedziałam nic - czarna dziura. Ale zaczęłam coś robić. Kolejne dzieło było już udoskonalone, technika nanoszenia kleju się zmieniła. W kolejnym dziele znalazłam sposób na fałdowanie się kartonu aż doszłam że mogę użyć jeszcze innego materiału zamiast kartonu. Tworzenie. Ostatnio czytałam że Nicola Tesla zanim wynalazł żarówkę wykonał około tysiąca prób. Nie poddawał się i robił dalej.
W szkole uczymy się jedynie ostatniej finałowe fazy procesu tworzenia. Uczymy się, że w tym a tym roku jakiś pan wynalazł to i to. Kropka. Nie uczą nas jak do tego doszło. Że kosztowało to kogoś często lata pracy, zdobywania kolejnego doświadczenia wraz ponowną próbą. A potem mamy tego żniwa w życiu dorosłym. Załamujemy się po pierwszej nieudanej próbie zrobienia czy stworzenia czegoś. "Już raz mi nie wyszło" - często słyszę na coachingach. No i co z tego? Jak byłeś mały i uczyłeś się chodzić to czy po pierwszym przewróceniu się dałeś za wygraną? Raczej nie. 
Proces tworzenia to wielka przygoda która może nas w pełni pochłonąć, jeżeli tylko na to pozwolimy. Słowo niepowodzenie zamień na doświadczenie i wykorzystaj to w następnym prototypie Twojego dzieła.
Twórz nowe rzeczy!
 






 
 
 

sobota, 2 listopada 2013

Mandala czyli droga jest celem

Jesienne wieczory potrafią być nostalgiczne. Jedni cieszą się z codziennie zmieniającej się kolorystyki na drzewach, inni widzą jedynie szarobure niebo, deszcz i wiatr. Tak czy inaczej - to jesień. Polska, jako jeden z nielicznych krajów ma niewątpliwą okazję do podziwiania pełnego cyklu czerech pór roku. Doświadczamy 35 stopniowego upału i 20 stopniowego mrozu. Podziwiamy budzącą się do życia przyrodę i przygotowujące się do zimowego snu zwierzęta. Natura - nasz nauczyciel cyklu przemijania. Wszystko się zmienia nieustannie, choć nam czasem trudno jest to zaakceptować, po prostu przyjąć. Pamiętam jak kilka lat temu, dokładnie jesienią, zaczęłam malować mandale. Wtedy jeszcze dokładnie nie wiedziałam co to i po co to. Po prostu malowanie a raczej kolorowanie sprawiało mi dużo przyjemności więc to robiłam. Bawiła mnie praca z kolorem. Jak się później okazało zafundowałam sobie artterapię. Każdego roku wracałam do malowania mandal.
 
 
Dla niewtajemniczonych mandala jest rysunkiem o harmonijnym połączeniu koła i kwadratu, gdzie koło jest symbolem nieba, transcendencji, zewnętrzności i nieskończoności, natomiast kwadrat przedstawia sferę wewnętrzności, tego co jest związane z człowiekiem i ziemią. Obie figury łaczy punkt centralny, który jest zarówno początkiem jak i końcem całego układu. Istnieją różne rodzaje mandali. Są mandale oczyszczające, występują też mandale wzmacniajace określone cechy lub poszczególne obszary ludzkiego życia. Buddyjska mandala jest rysunkiem z wieloma szczegółami, z których każdy ma znaczenia. Zazwyczaj rysuje się ją na podłodze. Wymiary manadali mogą nawet zajmować cały pokój. Następnie w szczególnym skupieniu mnisi buddyjscy biorą różnokolorowy piasek i wypełniają nim formę mandali. W przypadku dużych mandali proces ten trwać może i kilkanaście dni. Mnisi pracują w ogromnym skupieniu precyzyjnie sypiąc różnego koloru piasek w wyznaczone miejsca. Gdy mandala jest już gotowa, mnisi biorą do ręki szczotki, pędzle i ... jednym ruchem zmiatają wszystko.
 

 
Bardzo lubiłam malować mandale i pokazywać je znajomym. Do momentu, gdy któregoś dnia postanowiłam w pełni przeżyć proces tworzenia-niszczenia mandali. Pamiętam jak przychodziłam z pracy i siedziałam po trzy, cztery godziny dziennie przez dwa tygodnie precyzyjnie malując każdy szczegół. Podczas tego procesu przychodziło do mnie wiele pytań, odpowiedzi, inspiracji. Obserwowałam swoje emocje i myśli. Czasem się cieszyłam, czasem płakałam ale.. malowałam. Gdy mandala została ukończona spojrzałam na nią po raz ostatni. Była mi dobrze znana, w końcu zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić przez ten czas ;). Wzięłam zapałki, odpliłam i przyłożyłam płomień do rogu kartki. Serce krajało mi się niemiłosiernie wręcz i płakałam rzewnymi łzami. Padały pytania dlaczego mam ja niszczyć, przeciez jest taka piękna i tak bardzo sie starałam. Może nie muszę jej niszczyć? To nie jest kwestia musze , nie muszę, to kwestia chęci doświadczenia. Gdy w umywalce został już tylko popiół, moja twarz była mokra od łez a ja poczułam pewien stan lekkości. Już nie było tak trudno. Zobaczyłam o co jeszcze chodzi w procesie tworzenia - niszczenia mandali. Wszystko przemija. Droga jest celem. To, czego miałeś się dowiedzieć zadziało się podczas aktu tworzenia. Nie przywiązuj się.
To nie proces tworzenia jest trudny, to fakt że musimy coś puścić, który w przypadku mandali ma miejsce w momencie zamiecenia piasku czy też podpalenia kartki. Trudne jest również to, że to nie ktoś dokonuje zniszczenia, nie ktoś nam zabiera lecz z pełną świadomością robimy to sami.
Z wiadomych względów nie pokażę swoich mandal :) - już ich nie ma.

 

Mandala na jesienne wieczory:

1. Weż kartke papieru A4, A3.
2. Poszukaj w internecie gotowego wzoru lub skomponuj swój własny (im więcej detali tym lepiej).
3. Maluj, koloruj, wypełniaj. Rób to w skupieniu.
4. Popatrz na efekt.
5. Zmień stan twojego dzieła poprzez użycie ognia.
6. Co zaszło w Tobie?

sobota, 28 września 2013

Dlaczego Bóg się boi kobiet



Ostatnio, nie wiedzieć czemu, przytrafiają mi się rozmowy których główną tematyką jest religia. Tak, religia. Czasem temat się rozpoczyna gdy słucham doświadczeń znajomych rodziców, którzy wysłali właśnie swoje pociechy do szkoły, a tam jeden z przedmiotów to religia. Czasem temat ten wyskakuje, bo ktoś ostatnio odwiedził ciekawą wystawę o tematyce religijnej. A czasem słyszę o kolejnej aferze. Religia, czym ona właściwie jest? Wikipedia tłumaczy słowo religia jako system wierzeń i praktyk, określający relację pomiędzy różnie pojmowaną sferą sacrum (świętością) i sferą boską, a określonym społeczeństwem, grupą lub jednostką. Manifestuje się ona w wymiarze doktrynalnym, w czynnościach religijnych (np. kult czy rytuały), w sferze społeczno-organizacyjnej (wspólnota religijna np. Kościół) i w sferze duchowości indywidualnej (m.in. mistyka). Przyznam, że dla mnie brzmi to bardzo skomplikowanie. Niemniej jednak nie samej definicji czas chcę poświęcić. Wikipedia podaje także, że istnieje od 4200 do 10 000 religii. Samych wyznań chrześcijańskich jest ok. 41 tysięcy. Szok. Nawet nie wiedziałam, że jest tego aż tyle. Oczywiście mamy główne nurty religijne jak Chrześcijaństwo, Islam, Judaizm, Hinduizm, Buddyzm. Na czele każdej z tych religii stoi... mężczyzna. To dość zastanawiające. Nie jest miom celem stawanie ze sztandarem feministki i wykrzykiwanie haseł w stylu "Kopernik była kobietą". Zastanawia mnie jednak dlaczego każdej religii przewodzi mężczyzna. Pamiętam gdy podczas mojego pobytu w klasztorze buddyjskim w Tajlandii obserwowałam przyklasztorne kobiety,  które przynosiły posiłki mnichom. Podchodziły one do nich na wpół zgarbione ze wzrokiem wbitym w podłogę. Panował tam również zasada, że kobieta nie może dotknąć mnicha ani dać mu nic bezpośrednio do ręki. Gdy kobieta chciała przekazać coś mnichowi, musiała użyć tacy lub położyć to na stole czy ziemi aby ten mógł sobie to stamtąd wziąć. Nie powiem, ze nie budziło to mojego lekkiego buntu, jednak pamiętam, że wtedy niczego nie komentowałam ani nie osądzałam tylko byłam i obserwowałam.
Tak się zastanawiam, czy tylko mnie to ciekawi. Nie chodzi tu o walczenie o prawa kobiet i popadanie w cierpiętnictwo tylko o zwykła odpowiedź: dlaczego? Co jest powodem tego, że kobiet nie dopuszcza się do religijnej władzy, zresztą nie tylko religijnej. Co takiego przeraża i kogo, aby oddać kobiecie tron. O co chodzi z hasłami: jest nieczysta, jest niegodna itp. Kto o tym zdecydował? Kiedy? Czy to jest właściwe? Tąca tu trochę średniowieczem, jednach mamy już dwudziestypierwszy wiek. Nowe modele komputerów i telefonów komórkowych wychodzą co tydzień, latamy w kosmos... Czasem wydaje mi się, że tylko data w kalendarzu się zmieniła.
Dużo pytań, jak zwykle, wiele bez odpowiedzi. Jednak od pytania się zaczyna, od zakwestionowania oczywistego, aby otrzymać swoje zrozumienie.
 
 
 
 

wtorek, 17 września 2013

Czy lubisz swój wzorzec myślowy?


Dlaczego wciąż powielamy te same schematy? Czym kierujemy się lub też co nami kieruje, że w podobnych okolicznościach reagujemy tak samo? Te pytania ostatnio krążą w mojej głowie. Próbuję znaleźć odpowiedź. Spoglądając na nasze życie możemy doszukać się pewnych schematów postępowania, schematów czyli czynności lub sposobu myślenia, który powielamy. Oczywiście nie byłoby w tym nic niewłaściwego, gdyby tylko to nasze myślenie a następnie postępowanie nie prowadziłoby nas do ogólnego niezadowolenia. NLP i podobne kierunki zapewne wyjaśnią nam to pokazując połączenia neuronowe, które mamy w naszym mózgu a które to "odpalają się" w momencie pojawienia się podobnej okoliczności. To tak, jakbyśmy powiązali określone nasze reakcje, myśli i emocje z sytuacją, która zawitała do naszego życia. Choć właściwie to jest dokładnie odwrotnie - zarodkiem tego, co dzieje się w naszym życiu, co widzimy i czego doświadczamy jest nasze myślenie. Idąc tym tropem, jeżeli pojawi się w naszym zyciu dana sytuacja ma ona swoje źródło w myśli, którą myślimy, w emocji, którą nasączamy tą myśl. Znana zależność.
Tak więc, jeżeli powielamy schemat a nie jesteśmy z niego zadowoleni, jedynym wyjściem jest po pierwsze - złapać ten moment. Wymaga to od nas dużej uważności i tak zwanego obserwowania myśli. Oczywiście, jest rzeczą delikatnie mówiąc bardzo trudną, obserwować wszytskie swoje myśli. Jednak z całą pewnością powinniśmy to zrobić, gdy nasz stan ducha... opada. To moment na zatrzymanie się i wgląd w swoje myślenie: co myśle, że tak się czuję? jaki rodzaj myśli myślę? Jak już również powszechnie wiadomo nie jesteśmy swoją myslą a jedynie mamy to sposobność aby je myśleć. Zatem jeżeli mamy sposobność myśleć myśli to mamy też sposobność je zmienić. Już kiedyś na bolgu był post o slajdach i projektorze http://joquest.blogspot.com/2013/06/spenianie-oczekiwan-czyli-jaki-mam.html. Powielanie schematu to powielanie myślenia. Oznacza, że używamy tego samego zestawu myśli. 
 
Dlaczego wciąż wybieram ten sam rodzaj rozrywki?
Dlaczego przyciągam tych samych partnerów?
Dlaczego wybieram tą samą aktywność zawodową?
 
Myślę że szczera, głęboka eksploracja tego tematu, tematu powielania schematów będzie pierwszym krokiem do ewentualnej zmiany. Oczywiście jeżeli zmiana jest Twoim celem. Ale jeżeli jest to od tego należy zacząć. Znajdź rdzeń i niech Cie nie zadawala odpowiedź twojej podświadomości, że: nie wiem dlaczego tak jest. To jej forma obrony przed możliwą zmianą. Jak już znajdziesz sedno, rdzeń - uwierz, że będziesz wiedzieć, że to jest to, przejdź do kroku kolejnego - akceptacji, że tak jest, że tak własnie myślę i postępuję. Następnie zapytaj się siebie czy to Ci odpowiada a jeżeli nie, to co by Ci odpowiadało? Znajdź nową myśl, twoja myśl, którą to chcesz "wgrać" w miejsce poprzedniej. I teraz etap ostatni - ZASTOSOWANIE. Etap ten wymaga niesamowitej uważności i determinacji i polega na natychmiastowym zatrzymaniu starego wzorca myśleniowego na nowy i powtarzanie, powtarzanie, powtarzanie - do skutku. Ile to będzie trwało? - pytają mnie. Nie wiem. Ale pomyśl, ile czasu Twój mózg używał tego wzorca myśleniowego. Wymaga to też regularności. Tak czy inaczej praca to dla zdeterminowanych. Ja własnie znalazłam stary schemat myślowy i juz przestał mi służyć. Zmieniam.

piątek, 23 sierpnia 2013

Kto jest z Tobą w szczęściu



Po dłuższej nieobecności wracam do JoQUEST i co najważniejsze -bardzo mnie ten powrót cieszy. Ostatnimi czasy zajęta byłam szeroko pojmowaną stabilizacją. A do tego potrzeba było pełnej koncentracji uwagi, zagęszczenia energii, fokusu czy jak jeszcze ten stan jest nazywany według różnych źródeł. Tak czy inaczej Jestem.
Kilka dni temu otrzymałam wiadomość od jednego z czytelników bloga JoQUEST, kogoś kogo znam również osobiście. Wiadomość ta zaskoczyła mnie niesamowicie. Choć nie wiem czy zaskoczyła jest dobrym słowem. Na myśl przychodzą mi słowa takie jak szok, zdziwienie, zasmucenie, rozczarowanie, niemoc. Każde jedno, jak już pewnie czujesz, nie ma dobrego wydźwięku. Podczas gdy ja opisywałam na blogu swoje przygody i przemyślenia podczas swojego pobytu w Azji, ktoś czytał o tym jaka jestem szczęśliwa i był zły że tak pięknie i z łatwością wszystko mi się dobrze układa. Życzył mi kryzysu, żebym posmakowała tej "ciemnej" strony i choć raz napisała o tym, że jestem zagubiona i że jest mi ciężko.
Czytając tą wiadomość poczułam jakbym dostała "obuchem w łeb". Przez chwilę nawet zaczęłam żałować że prowadziłam tego bloga. Wspomniałam już jakie emocje temu towarzyszyły. Ta osoba miała odwagę aby się do tego przyznać i przeprosić za negatywne energie wysyłaną w moją stronę. W tym czasie w życiu tej osoby były ciemne chwile i najzwyczajniej czytając o szczęściu innych nie czuła się komfortowo. Nie chodzi tu o przeprosiny, bo na nic one się zdadzą. Z jednej strony doceniam odwagę z drugiej zaś mam pytania w głowie typu: jak to?
Rodzi się też kolejne pytanie, czy ta osoba była osamotniona w swoich emocjach? W jak wielu umysłach cztelników bloga rodziły się podobne odczucia? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem. Nie to jest jednak najważniejsze. Zastanawia fakt, że robiąc coś z czystej potrzeby podzielenia się przemyśleniami, zainspirowaniem innych do działań czy też powiedzenia: tak, jestem szczęśliwa, można spotkać się z tego typu reakcją.
 

czwartek, 11 lipca 2013

Talk Doesn’t Cook Rice

W wolnym tłumaczeniu – samym gadaniem ryżu nie ugotujesz. Przychodzi taki czas, że same rozmowy, czytanie książek czy uczestniczenie w nawet najwspanialszych warsztatach i szkoleniach najzwyczajniej nie wystarcza. Księgarnie przepełnione są bestsellerami z których możemy dowiedzieć się jak stać się bogatym, jak przyciągnąć do siebie wymarzonego partnera, jak znaleźć pracę którą pokochamy czy też jak rozwiązywać konflikty. W samej tylko stolicy codziennie możemy wziąć udział we wspaniałym szkoleniu czy warsztacie dzięki któremu dowiemy się jak zmienić coś, co nam przeszkadza. Przywołuje pamięcią sytuację z przed kilku lat, gdy prowadziłam tak zwane podwójne życie. Jedno miało miejsce podczas czytania rozwojowych książek czy też uczestniczenia w przeróżnych szkoleniach i warsztatach a drugie, jak zwykłam mawiać, było życiem „realnym”. To prawie doprowadzało mnie do schizofrenii. Dziś, podczas sesji coachingowych, moi klienci pokazują mi, że nie tylko ja miałam uczucie swoistego rodzaju rozdwojenia. Okazuje się, że zdecydowana większość je ma. Postawiłam sobie pytanie: dlaczego tak jest? Dlaczego wychodząc ze szkolenia jestem naładowana energią tak, że prawie góry przenoszę a moje ciało świeci światłem tak niesamowitym, że zaraz się zdematerializuje, a potem następnego dnia idąc do pracy rozbijam się na pierwszej ścianie. Dlaczego tak jest? Każdy z czytających ten tekst z pewnością znajdzie swoje własne odpowiedzi. Ja podzielę się swoim odkryciem.  Jesteśmy wspaniałymi, elokwentnymi, wszechwiedzącymi… teoretykami. Potrafimy prawić godzinami, siedząc w wygodnych fotelach z filiżanką ciepłej herbaty czy kieliszkiem czerwonego wina, kontemplując koncepty o których akurat się dowiedzieliśmy. Mówimy jeden przez drugiego wymieniając z podekscytowaniem swoje odkrycia w tym temacie. Moja przyjaciółka porównuje to do tak zwanych „prób stolikowych”, które mają miejsce w teatrze podczas pierwszej fazy przygotowań do spektaklu. Jest dobrze, że jeżeli czujemy taką potrzebę - rozmawiamy, dobrze że to robimy, dobrze że dzielimy się swoimi odkryciami z innymi. To może być kolejnym etapem tuż po pozyskaniu wiedzy z książki czy szkolenia. Często potrzebujemy to po prostu z kimś przegadać i nie ma w tym nic niewłaściwego. Pytanie tylko, jaki jest nasz kolejny krok, co robimy w następnej kolejności? Przecież wiedza, którą pozyskujemy czemuś służy. Samo nauczenie się kilku konceptów na nic nam się nie zda. Co zatem robić dalej. Przeczytaliśmy, dowiedzieliśmy się, przedyskutowaliśmy i… ? Następnym krokiem jest DZIAŁANIE. Jest wdrożenie wiedzy w nasze codzienne życie, tak, abyśmy nie żyli w dwóch światach. Oczywiście jeżeli jest to naszym celem. Zastanawiał mnie ostatnio termin „praca nad sobą”. Jest on dość powszechnie stosowany. Jeden z nauczycieli określa to terminem Great Work ( z ang. Wspaniała Praca). Mówi on, że dzięki niej możemy odkryć swój prawdziwy potencjał, możemy zobaczyć kim naprawdę jesteśmy i do czego jesteśmy zdolni. Mówi on również, że jest to WORK (z ang. praca) i że potrzebujemy się zaangażować i wdrażać w życie to, czego się dowiadujemy. Inaczej będzie to kolejny koncept o naturze teoretycznej, który sam z siebie na niewiele się zda. Z moich obserwacji wynika, że nie robimy kolejnego kroku, nie przechodzimy do działania, ponieważ:
  • nie do końca wierzymy że ma to przełożenie na życie, 
  • wierzymy że ma, ale nie wiemy jak to przełożyć,
  • wcale nie chcemy tego wdrażać, bo jest nam jeszcze całkiem wygodnie z tym co mamy,
  • odczuwamy niepokój przed wdrożeniem wiedzy w życie,
  • nie chcemy zmiany naszego życia.
Pewnie jest tego jeszcze więcej. To tylko kilka z możliwości. Każda z nich nie jest niewłaściwa i nie musi oznaczać że z nami jest coś nie tak. Odpowiadając sobie na pytanie dlaczego nie idę dalej, po prostu otrzymujesz odpowiedź z którą sam zadecydujesz co zrobić. Odpowiedź może być twoim kierunkowskazem mówiącym Ci, gdzie tak naprawdę jesteś. Na wszystko jest czas i nie chodzi o to abyśmy na siłę przyspieszali lub wymuszali nasze zmiany. Naprawdę nic nie musisz robić, jeżeli tego nie czujesz czy nie jesteś jeszcze przekonany. Jest ok. Czasem jednak bywa tak, że przeszkoda w nie robieniu kolejnego kroku jest maleńka i sami nawet nie wiemy że dojrzeliśmy już do tego. Jednak bez identyfikacji „przeszkody” nie będziemy wiedzieć czy jesteśmy wciąż przykuci łańcuchami do skały czy już dawno się rozkuliśmy i sami o tym nie wiemy. 
 
 

Twoje życie nie zmieni się ponieważ wiesz jak to zrobić, zmieni się kiedy będziesz ROBIĆ to, co wiesz.




 
 

wtorek, 25 czerwca 2013

Cierpliwość


To słowo ostatnio z jakiegoś względu przykuło moją uwagę. Jest to wyraz dość powszechnie stosowany i większość z nas niewątpliwie spotkała się z nim. Do tej pory słowo cierpliwość kojarzyła mi się przede wszystkim z czekaniem a nawet swojego rodzaju cierpieniem z tego powodu. W końcu słowo „cierp” wchodzi w skład słowa cierpliwość.  Przez całe moje życie słowo cierpliwość miało nie do końca pozytywny wydźwięk. Nie lubiłam też, gdy mówiono mi: bądź cierpliwa. Z moim naturalnym buntem pytałam: dlaczego muszę być? Postanowiłam zatem bliżej przyjrzeć się temu jakże ciekawemu zagadnieniu.
Słownik wyrzucił mi kilka stwierdzeń bezpośrednio związanych ze słowem cierpliwość: uzbroić się w cierpliwość, znaleźć cierpliwość, być cierpliwym, cierpliwości, anielska cierpliwość, czekaj cierpliwie, irytacja, zniecierpliwienie, niecierpliwość. Znalazłam tż następujące wyjaśnienia: spokojne podejście do przykrych zdarzeń, szczególnie niemiłego cudzego postępowania, umiejętność zaakceptowania opóźnienia w otrzymaniu czegoś, umiejętność spokojnego czekania na rezultat, umiejętność znoszenia bólu.
Ciekawe, że w języku angielskim słowo cierpliwość (patient) oznacza również pacjenta i tłumaczone jest jako: ktoś, kto cierpi.
W wielu książkach o wydźwięku duchowym wielokrotnie pada to słowo. Cierpliwość. Ale czy aby na pewno w pełni znam znaczenie tego słowa? Postanowiłam się nieco zagłębić w temat i tak już jest, że jak się zagłębiasz to… znajdujesz.
Okazuje się, że cierpliwość nie ma nic wspólnego z czasem ani z czekaniem. Cierpliwość to stan bycia. Być cierpliwym to wiedzieć, że to o co prosimy, co chcemy zamanifestować w swoim życiu, otrzymamy. To nie czekanie ale absolutna pewność. Prosisz – Otrzymujesz. Będąc w stanie cierpliwości, mamy w umyśle czystą myśl, czyste pragnienie, bez jakichkolwiek osądów i uwarunkowań. Jakże często konstruujemy nasze pragnienia z tak zwanymi myślami towarzyszącymi, stawiając warunki. Dla przykładu mamy pragnienie, które wyrażamy następująco: tegoroczne wakacje spędzę na Bali. Jednak jakże często pojawiają się dodatkowe myśli: tak, ale za co ja wykupię te wakacje; czy mam na tyle pieniędzy; czy szef da mi urlop; czy będzie się miał kto podlewać kwiatki w moim mieszkaniu, gdy mnie nie będzie itd. To wszystko są nasze uwarunkowania, które skutecznie odbierają moc manifestacji naszego pragnienia. Często brakuje nam stanu całkowitej pewności i trzymaniu w naszym umyśle czystej myśli brzmiącej po prostu: tegoroczne wakacje spędzę na Bali. I kropka.
Zobaczyłam też, że i owszem, cierpliwość może mieć coś wspólnego z czasem bo „musimy” poczekać aż nasze pragnienie zostanie zrealizowane. Jednak tak naprawdę nie od cierpliwości to zależy a od naszej gotowości. Wiem, że to o co proszę otrzymam. Po prostu to wiedz.
Co mówią o cierpliwości inne źródła?
„Cierpliwość wskazuje na naszą ufność do Boga i jego wszechmocy i miłości. W Biblii cierpliwość jest docieraniem do celu, wytrzymując przeciwności, oczekując na wypełnienie się obietnicy.” Biblia Tysiąclecia
„Cierpliwość to stan w którym myśl jest bez ograniczeń, bez uwarunkowań i nie osadzona w czasie.”  Ramtha
„Musisz się teraz nauczyć, że tylko nieskończona cierpliwość wytwarza natychmiastowe rezultaty.” Kurs Cudów
Cierpliwość to wiedzenie, cierpliwość to pewność.

Rozważając temat cierpliwości, zobaczyłam, że często stosujemy słowa, których znaczenia nie do końca rozumiemy. Często też, powszechna interpretacja danego słowa częściowo lub nawet całkowicie pozbawia go jego prawdziwego znaczenia. Słowa są nośnikiem energii, niosą ze sobą określoną wibrację.
Jak wiele jest takich „zaklętych” słów w naszym powszechnym języku?


Przyjrzyj się w jaki sposób konstruujesz w głowie swoje pragnienia, marzenia? Z jakim przekonaniem je wypowiadasz? Czy aby na pewno masz absolutna pewność że się spełnią? A zatem - czy jesteś cierpliwy?

wtorek, 11 czerwca 2013

Kolejną podróż czas zacząć :)

Okres zwany aklimatyzacją po podróży dobiega końca. Harmonijnie przeszłam z czterdziestostopniowych tropikalnych upałów do chłodniejszej nieco temperatury, z wilgoci powodującej niewiarygodną wręcz produkcję potu do suchego powietrza. Tak, ciało też musi się przyzwyczaić. Po dwutygodniowej awersji do potraw składających się z ryżu i warzyw, dziś za nimi zatęskniłam. Oznacza to nic innego jak to, że proces aklimatyzacji dobiega końca. W poście, który pisałam tuż przed wylotem z Tajlandii, użyłam stwierdzenia że gdy jedna podróż się kończy, inna się zaczyna. Tak też jest w rzeczy samej. Moment powrotu z azjatyckich wojaży był jednocześnie momentem, gdy rozpoczynało się coś nowego, gdy rozpoczęła się nowa podróż. Zawsze tak jest. Każdy kolejny krok, każde kolejne działanie prowadzi nas minimum jeden stopień wyżej. Minimum, bo może się okazać, że jednym aktem weszliśmy kilka schodów wyżej, lub też, że podesłano nam windę, którą wjechaliśmy na wyższe piętra. Z tej perspektywy możemy zobaczyć znacznie więcej. Pamiętam, jak zwiedzaliśmy jedną ze świątyń buddyjskich, która składała się z ośmiu pięter. Na każdym z nich mogliśmy zatrzymać się na tarasie widokowym i obserwować "ta samą" rzeczywistość. Za każdym razem widzieliśmy więcej, widzieliśmy więcej połączeń. Będąc na pierwszym piętrze widzieliśmy sąsiednie budynki a wchodząc wyżej mogliśmy zaobserwować co to są za budynki, jak się łączą z innymi i... co jest za nimi. Szersze pole widzenia. Przebywając na parterze całe życie nigdy się nie dowiemy co jest za sąsiednim blokiem. A co jeśli tam jest to o czym marzymy, jest tak dostępne, na wyciągnięcie ręki. Warto zatem wejść wyżej. Od kilku lat wchodzę wyżej i bardzo mnie ta wspinaczka fascynuje. Czytam książki, medytuję, kontempluję, uczestniczę w szkoleniach i warsztatach, uczę się od każdego. Podróż do Azji była między innymi potrzebą sprawdzenia jak potrafię zastosować w praktyce całą wiedzę, którą przyswoiłam przez ostatnie lata. Wieloma z moich odkryć i przeżyć dzieliłam się na blogu. Zawsze interesowało mnie praktyczne zastosowanie wiedzy, a to może się odbyć jedynie przez doświadczenie, fizyczne odczucie. Jak się ma na przykład stwierdzenie "strach to iluzja", które widziałam na ścianie Facebooka, do realnego nocnego przejścia przez tropikalna dżunglę, która... żyła. Weryfikowało się wtedy całe moje myślenie na ten temat, bo musiałam przyjąć odpowiednią postawę. No cóż, powiedzenie sobie wtedy, że strach to iluzja na niewiele się zdało. Moja podświadomość najzwyczajniej tego nie kupowała. Potrzebowałam zrobić coś innego - potrzebowałam znaleźć swój sposób na poradzeniem sobie z lękiem który wtedy się pojawił. Znalazłam. Moment znalezienia własnego rozwiązania jest cudownym momentem.  To jedynie jeden z przykładów z mojej podróży. Przeglądam swoje notatki z odkryć, jakie się pojawiły w trakcie wyjazdu, oglądam zdjęcia i wspominam przygody dzięki którym zdobyłam ogromne doświadczenie i zweryfikowałam swoją dotychczasową wiedzę. Nawet się nie spodziewałam że jest tego aż tyle :). To cieszy ogromnie.
Jest to bardzo pomocne w mojej codziennej pracy z ludźmi jako coach i trener rozwoju osobistego. Każdego dnia rodzi się nowy pomysł, nowe narzędzie służące ogólnie pojmowanemu wzrostowi, którym to z radością będę się dzielić z tymi, którzy będą zainteresowani podróżą do swojego wnętrza.

Dziś usłyszałam jedno zdanie, które do teraz bardzo bije mi w uszach: 

"Musisz być gotowy na zmianę, musisz być gotowy na pełne zaangażowanie w swój proces. Jeżeli nie jesteś, będzie to tylko strata czasu." 

To dość radykalne i moce stwierdzenie jednego z moich nauczycieli, ale jakże prawdziwe...

piątek, 7 czerwca 2013

Spełnianie oczekiwań czyli jaki mam projektor


Minęły niespełna dwa tygodnie od postawienia moich stóp na „ziemi ojców”, jak to ktoś fantazyjnie nazwał. Ciekawy czas. Czas, którego gdzieś z tyłu głowy się w pewien sposób obawiałam. Przypominałam bowiem sobie moje wcześniejsze powroty z dłuższych pobytów w USA czy w Portugalii. Wtedy na scenę wyskakiwały po kolei: przygnębienie, porównywanie, smutek by końcu depresja to wszystko przypieczętowała. Ale zaraz, pomyślałam, kto zaprasza na scenę emocje? Kto decyduje o tym, że akurat teraz wystąpi rozpacz a nie radość czy ciekawość. No ja o tym decyduje przecież. Co za „odkrycie” :). Czasami o tym zapominamy i wtedy to jest naszym odkryciem. Samodzielny wyjazd kobiety w tak odległy zakątek ziemi budził ogromne zainteresowanie moich przyjaciół, rodziny, znajomych i innych czytelników bloga, których nie poznałam jeszcze osobiście. Powrót też budzi. Pojawiają się pytania: co teraz, co dalej, jakiem mam plany, jaka będzie moja następna destylacja, co z moją miłością? To wspaniałe, że można usłyszeć te pytania. To też może być bardzo obciążające, jak się okazało. Tego rodzaju pytania stawiane w dobrej wierze budzą do życia energię presji i potrzeby udzielenia odpowiedzi satysfakcjonującej pytającego. Często dwoimy się i troimy, nie mając specjalnie pomysłu, jak tu odpowiedzieć naszemu kochanemu rozmówcy. Wpadamy w sidła zwane „muszę sprostać oczekiwaniom”. Co za trzy mocne słowa w jednym zdaniu: MUSZĘ, SPROSTAĆ, OCZEKIWANIOM.
Muszę, czy ja naprawdę muszę? Może nie muszę, może sama sobie to brzemię wrzuciłam na plecy i teraz wydaje mi się że jest to moją powinnością.
Sprostać, wyprostować, czyli doprowadzić w tym wypadku swoje myślenie i działanie do myślenia i działania naszego rozmówcy. Zrobić z tego jedną prostą. Tylko czy aby nasza prosta na pewno chce się pokrywać z prostą naszego rozmówcy? Może nasza prosta biegnie równolegle?
Oczekiwania. To mocne słowo, które niejednokrotnie powaliło wiele idei. Już od dziecka coś się od nas oczekuje. W domu, w szkole, wśród dzieciaków. Chcemy spełnić oczekiwania innych, głównie tych, którzy w naszym myśleniu są „nad nami”. Mogą to być nasi rodzice, nauczyciel, guru, przyjaciel, który w naszym mniemaniu wie więcej od nas. Może to być ktokolwiek, przy kim czujemy się „niżej”. Dwa słowa: nad i pod. Może przyszedł czas aby stanąć ze wszystkimi na tej samej płaszczyźnie. Co nam daje, gdy myślimy o sobie że jesteśmy niżej czy wyżej niż inni? Co tym samym pielęgnujemy, co karmimy? Czy tego chcemy?
To naprawdę niesamowite uczucie móc przebywać z cudownymi ludźmi, słuchać ich opowieści, pytań, spostrzeżeń. Niech one służą inspiracji, natchnieniu. 

Nasz umysł jest jak projektor, do którego wkładając przeźrocza w postaci naszych wyobrażeń, naszych myśli, otrzymujemy na ekranie naszego życia ich rezultat. To proste.
Potrzebujemy być uważni, abyśmy wkładali do projektora przeźrocza, które czujemy naszym sercem, nie zaś te, które chcą widzieć inni. 

Każdy z nas ma swój projektor i nieskończony zestaw przeźroczy z których nieustannie korzysta. Poświęćmy czas na wyczyszczenie, ewentualne zreperowanie naszego projektora. Dokonajmy projekcji własnych slajdów. Gdy tak naprawdę wejdziemy w ten proces, będziemy pochłonięcie niezwykłością tego co zacznie się dziać. Wtedy projektor naszego sąsiada posłuży jedynie inspiracji do naszych własnych działań.

Niech zaświeci Słońce dla Twojej projekcji!!!

poniedziałek, 27 maja 2013

Błogosławię ludzi w moim życiu


Dwa loty cudownymi samolotami minęły dość szybko. Gdy niedzielnym wczesnym rankiem samolot dotknął płyty lotniska, łzy pociekły mi po policzkach. Chyba dopiero teraz do mnie dotarło, że jestem w Warszawie. Nie były to jednak łzy smutku. W jednej chwili napłynęły do mnie myśli o odwadze i ogromnym zaufaniu do siebie, do ludzi, do Ducha, jaka mi towarzyszyła przez całą moją podróż. Wciąż towarzyszy. Przytuliłam się mocno i podziękowałam sobie za to piękne doświadczenie, które tak starannie utkałam z moich marzeń. Na lotnisku czekała na mnie cudowna istota, moja bratnia dusza. Stała tak uśmiechnięta z pięknym kwiatem w ręce. Wpadłyśmy w swoje ramiona i stałyśmy tak dłuższą chwilę, jak to zwykle czyniłyśmy. Niech przywita i połączy się ciało, serce, duch i myśl. Gdy już wymieniłyśmy energię udałyśmy się do samochodu. Zapomniałam sprawdzić przed wylotem z Tajlandii pogody w Polsce i trochę mnie zaskoczył komunikat po wylądowaniu: Witamy w Polsce, na termometrze jest siedem stopni Celsjusza. Popatrzyłam na swoje gołe nogi i klapeczki z charakterystycznym: no tak.. Może się zahartuję, pomyślałam. Nie spałam od 29 godzin i pomimo tego, że czasem zakręciło mi się w głowie czułam się nad wyraz obudzona. Wypiłyśmy wspólną pyszną kawę. To niesamowite, ale czułyśmy jakbyśmy nie widziały się od tygodnia. Rozmawiałyśmy jak zwykle o nas, o tym co się podziało, czego doświadczyłyśmy, co nas to doświadczenie uczy, w jakim miejscu z sobą jesteśmy, czym akurat teraz się zajmujemy, jaki temat potrzebuje uzdrowienia, porzucenia czy zmiany. Wypiłyśmy kolejną kawę i przygotowałyśmy pyszne śniadanie. Były soczyste, czerwone pomidory posypane szczypiorkiem, ogórki, rzodkiewka, ser, oliwki i pyszny ciemny chleb z masłem. Łzy napłynęły mi do oczy po raz kolejny tego dnia. Jak dobrze. Jak dobrze zjeść takie śniadanie po kilkumiesięcznej przerwie. Mój anioł zapytał mnie, co będę chciała zjeść na pierwszy obiad po powrocie do Polski. Odpowiedziałam bez chwili zająknięcia: ziemniaki z koperkiem, jajkiem sadzonym i kefirem. Taki obiad też wspólnie przygotowałyśmy. Było nawet więcej. Była sałata w pysznym śmietanowym sosie! Co za rozkosz, iście królewski obiad. To niesamowite, jak powszednieje nam jedzenie. Przyzwyczajeni do tego, że zawsze możemy kupić składniki i po prostu przygotować sobie ten „zwykły” obiad, zapominamy o tym, że każdy kęs ziemniaka posypanego koperkiem może być ucztą dla podniebienia. Czasem warto za czymś zatęsknić, aby potem poczuć to w pełni i naprawdę celebrować każdy kęs… słowo, emocję, chwilę. W coachingu mówimy na to dysocjacja.
Po czterdziestu godzinach bez spania, wieczorem padłam na łóżko. Spałam jak dziecko :).
 
Czuję wielką wdzięczność za to, jakich ludzi mam wokół siebie. Tak bardzo się cieszę, że oni są, że mnie wspierają słowem, myślą i czynem. I znowu temat wdzięczności wraca. Chcę go wprowadzić na stałe do mojego życia. 

Po trzydziestu godzinach podróży...

sobota, 25 maja 2013

I gdy jedna podróż się kończy... inna się zaczyna

JoQUEST - w podróży do siebie. Tak jakiś czas temu, na kilka miesięcy przed wyjazdem do Azji, zatytułowałam swojego bloga. Dziś ostatni dzień na tym kontynencie podczas tej podróży. Różne emocje się przewijają: radość powrotu, tęsknota za krajem, rodziną, przyjaciółmi, jedzeniem wreszcie nostalgia i melancholia. Tak to zwykle bywa gdy opuszczamy miejsce, w którym... dużo się podziało. 
Na swojej drodze spotkałam mnóstwo cudownych ludzi z całego świata. Z jednymi łączyła mnie głęboka więź, inni byli moimi nauczycielami. Jeszcze inni wciąż są.
Podczas całego pobytu w Tajlandii miałam trzynaście różnych domów. Spałam na dmuchanej karimacie, macie bambusowej, na gołych kafelkach, w wygodnym łóżku królewskim, na glinianej podłodze. Miejsca te były klimatyzowane, wyposażone w wiatrak lub... bez jednego ani drugiego.
Przemieszczałam się tuk-tukami, samochodami, na pace samochodów, "naturalnie klimatyzowanym" autobusem, rowerem, skuterem, pociągiem bez klimatyzacji, łodzią i promem.
W Tajlandii na znak szacunku do miejsca ściąga się buty przed wejściem do domów, hoteli, sklepów, restauracji, salonów masażu czy biur. W nawyk weszło mi chodzenie wszędzie na boso i bardzo to lubię:).
Niemalże każdy sklep, biuro, stacja benzynowa, dworzec kolejowy, restauracja, biuro czy posterunek policji ma swój ołtarz, na którym codziennie rano pracownicy składają owoce, wodę i palą kadzidła. Wszystko po to, aby oddać szacunek sile wyższej. Widziałam niejednokrotnie jak się to odbywa i stwierdzam, że skupienia towarzyszącemu temu rytuałowi można pozazdrościć Tajom.
Kolorowe ulice Tajlandii przepełnione są skuterami. Jak się okazało nie trzeba mieć na niego prawa jazdy. Na skuterze można przewieźć całą czteroosobową rodzinę. Chłopcy w wieku mojego siostrzeńca (8 lat) prowadzą tuk-tukowe taksówki. Widok dość osobliwy, gdy mija mnie taki i mruga do mnie okiem zachęcając abym wsiadła.
Odwiedziłam buddyjską północ i  muzułmańskie południe. Nie wiem czy to wpływ religii czy inne uwarunkowania, ale ludzie różnią się diametralnie. Północ jest zdecydowanie bardziej radosna i otwarta.
Nauczyłam się siać ryż i karczować dżunglę. Można sobie wyobrazić jaka była moja wydajność robiąc to w 40 stopniowym upale z prawie 100% wilgotnością na otwartym słońcu. Dobrze że nie wymagano za wiele :). Mam na swoim koncie samotne przejście przez dżunglę i.. wciąż czuję pot cieknący mi po plecach - z gorąca i strachu.
W Tajlandii niemalże wszystkie kosmetyki mają charakter wybielający. Wszystkie zachodnie marki, jak Loreal czy Nivea mają oddzielną linię produkcyjną dla krajów Azjatyckich. Nie dziwi nic - w Polsce jest dokładnie odwrotnie, chcemy być bardziej opaleni.
Siedząc w plażowym barze usłyszałam: "Kawy?" Nie, dziękuję - odpowiedziałam. "Marihuany?". Szczególnie na południowych wyspach to normalne. Palą jak smoki.
Można się tu trochę pogubić, gdy na śniadanie, obiad i kolację jesz niemalże to samo. Ryż, curry, mięso, mnóstwo sosów, dipów i zieleniny. Wszystko jest bardzo aromatyczne z wyróżniającymi się smakami: ostry i słodki. Cukier jest tu obecny we wszystkich potrawach. Gdy pytasz o coś wegetariańskiego to patrzą się na Ciebie jak na chorą osobę. Tajlandia zdecydowanie nie jest krajem dla "nie jadających mięsa".
Nauczyłam się jak wybierać arbuza. Była to nie lada umiejętność, zwłaszcza, że przez tydzień byłam na detoksie i jadłam jedynie owoce, głównie arbuzy, czerwone papaje, ananasy i mango. Dozwolone były też musy owocowe. Pychotka :)
Ocean ukazał mi się w różnych odsłonach: kamieniste brzegi, skaliste zbocza, niebiańskie plaże. W każdym przypadku czuję respekt. Mogłam godzinami gapić się na fale. Sporo mnie nauczyły. Fakt, że są małe, nie oznacza, że zawsze takie będą. Wszystko się zmienia nieustannie.
Moje ciało wysmuklało. Nie wiem czy to przez pot, emocje, porzucanie starego czy przez coś innego...:).

Po co jedziemy w podróż? Każdy po co innego. Przynajmniej do takich wniosków doszłam po rozmowach z napotykanymi ludźmi. Nie padła ani jedna taka sama odpowiedź. Co lepsze, okazało się to, co zresztą ja też odkryłam, że jedziemy po coś a w trakcie podróży okazuje się że Wszechświat ma dla nas inny dar... Coś, czego się nawet nie spodziewaliśmy. Podróż, droga, czym ona jest? Czy każdy musi wyjechać w podróż? Przypominają mi się słowa mojego nauczyciela, mnicha z buddyjskiego klasztoru, który to podczas jednego z naszych spotkań powiedział mi, że jedyną podróżą, która muszę odbyć to podróż do siebie. To tak jak w filmie Matrix, napis nad kuchennymi drzwiami mieszkania wyroczni - Poznaj Siebie. Nasze wnętrze, tak rzadko tam zaglądamy. Szukamy na zewnątrz, szukamy w innych, do siebie nawet nie zaglądamy. 
Podróż do siebie realizowana poprzez podróż w inne miejsce. Czy potrzeba wyjeżdżać? Może tak może nie. Moje doświadczenie mówi mi, że czasem warto się wypuścić w nieznane. Mamy wtedy szanse zobaczyć się w innych, nietypowych okolicznościach. Mamy szansę zobaczyć nasze faktyczne myślenie i to jak sobie radzimy z emocjami. Nie oznacza to tylko podróży na drugi koniec świata. Nieznanym może być samodzielna podróż gdziekolwiek, nowa praca, nowe zajęcie, nowe hobby, nowa myśl itp.
U mnie był jeszcze jeden plus tego, że poszłam za usłyszanym głosem i zdecydowałam się wyjechać właśnie do Tajlandii. Dzięki temu mój anioł mnie znalazł...
Ostatnio żyję w różnych strefach czasowych. Dodaję i odejmuję godziny. Codziennie błogosławię Skypa, i fakt, że dzięki niemu mogę wymienić myśli i emocje z moimi bliskimi przebywającymi obecnie... na całym świecie.
Nikt mnie tu nie żegna, poza cudownym personelem mojego hostelu. Może to i lepiej, po co pielęgnować smutek. Z całym bagażem doświadczeń i odkryć dziś stawiam się na lotnisku w Bangkoku. Jedna podróż się kończy by inna mogła się zacząć. Czuję ciągłą obecność bliskich mi dusz i dziękuje Wam za to z całego serca!!!
  
Czy to koniec JoQUEST? Padały pytania czytelników bloga. Cóż, właściwie to dopiero początek :) 


Nie muszę czytać Twoich myśli. To, jak działasz, pokazuje jak myślisz.


Idę dalej...
Czerpiąc z nauki mojego przyjaciela Buddy...

Wykorzystując potęgę kreacji...


  
Gdzie?



Jest tyle miejsc, gdzie chcę postawić swoje stopy...
Za nowe podróże!!! :)






czwartek, 23 maja 2013

Bangkok po raz trzeci i nocne podróże w Tajlandii

Bangkok po raz pierwszy, po raz drugi i po raz trzeci. Już ostatni raz podczas tej podróży. Wczoraj opuściłam południową wyspę Koh Lanta i wsiadłam do miniwana, którym to przedostałam się do miasteczka Sura Thani aby złapać nocny autobus do Bangkoku. Na szybko zjadłam jeszcze vegetariańskie curry z... ryżem (dziwię się, że jeszcze nie mam skośnych oczu ;)) i zajęłam miejsce w klimatyzowanym autobusie - na górze, w pierwszym rzędzie. Było nas tylko dziesięcioro pasażerów, głównie backpackersów z całego świata. Zawsze się trochę denerwuję, gdy wiem że mam spędzić noc w jakimś pojeździe, gdzie nie będę mogła normalnie się wyspać. Do tej pory w Tajlandii odbyłam tylko jedna nocną podróż pociągiem.  Wraz z moim aniołem kupiliśmy bilety z Bangkoku na wyspę Koh Samuii. Spóźniliśmy się trochę bo zostało jedynie jedno wolne miejsce w wagonie sypialnym. Zaproponowano nam miejsce w innym wagonie, gdzie, jak nas zapewniono, siedzenia się odchylają i można się wyspać. Zdziwiła nas cena biletu, bo jak na taką odległość, była dość niska. Kupiliśmy bilety. Widząc pociąg stojący na peronie trzykrotnie upewnialiśmy się, czy to aby nasz. Tak, to był nasz pociąg. Kilkanaście wagonów, nasz ostatni. Idąc tak przyglądałam się warunkom panującym w przedziałach, cały czas mając nadzieję, że nasz będzie inny... Nie był. Wagon przypominający Kolej Mazowiecką z zamontowanymi na suficie wiatrakami, pootwierane okna, które służyły za klimatyzację. Siedzenia lekko odchylające się. Oj, nie ucieszyło mnie to. Perspektywa spędzenia nocy w takich warunkach powodowała we mnie lekki niepokój i zniechęcenie. Entuzjazm jednak nie opuszczał mojego anioła, który to z dziecięca wręcz radością przyglądał się "wyposażeniu" i zapewniał mnie, że będzie fajnie. No nie wiem - pomyślałam. Byliśmy jedynymi "białymi" w całym pociągu i wzbudzaliśmy zainteresowanie wszystkich współpasażerów. Pociąg ruszył a ja zaczęłam szukać wygodnej pozycji do spania. Przerobiłam chyba wszystkie możliwe assany nie znajdując żadnej, która by mi odpowiadała. Okazało się że byłam jedyną, która próbowała zasnąć. W bezpośrednim sąsiedztwie siedziała wraz z rodzicami tajska sześcioletnia dziewczynka, która cały czas mnie obserwowała i chichotała co chwila. Jakby tego było mało, wagon był oświetlony przez całą noc trzema silnymi neonówkami, z czego jedna znajdowała się centralnie nad nami. Gdy zmęczenie zdawało się wygrywać z panującymi warunkami i powieki się zamykały, skutecznie wybudzali mnie przechadzający się handlarze oferujący: ciepłe posiłki, mięso z grilla, słodycze, kawę itp. Do promocji swojego towaru używali głośnych nawoływań. Nie wierzę, po prostu nie wierzę co się dzieje. Musiałam mieć ciekawą minę, bo tajska dziewczynka śmiała się ze mnie coraz głośniej. Była może czwarta nad ranem, gdy wraz z aniołem padliśmy ze zmęczenia. Warto też dodać, że pociąg miał czterogodzinne opóźnienie, dzięki czemu spóźniliśmy się na prom na wyspę. Kolejna przygoda, zwłaszcza dla anioła przywykłego do buisness klasy :).
Wczoraj kolejna nocna podróż, tym razem autobusem. Po zajęciu wygodnego miejsca i przykryciu się kocykiem postanowiłam po prostu zasnąć. Gdy już byłam w tak zwanym stanie alfa dziwny szmer mnie z niego wybudził. Był to włączający się właśnie ogromnych rozmiarów telewizor, usytuowany centralnie przede mną. Kierowca postanowił zaprosić nas na seans filmowy -Men in Black 3. W sumie to był dobry usypiacz. Po skończonym filmie telewizor został wyłączony, światło zgaszone, a my wszyscy jak dzieci poszliśmy spać. Nie noszę zegarka, więc nie wiedziałam która była godzina gdy nagle zapaliło się światło i jeden z kierowców poinformował nas, że jesteśmy w Bangkoku i szybciutko trzeba wysiadać, bo on tu nie może stać. Tym razem autobus przybył dwie godziny za wcześnie. Kolejny etap - taksówka do hostelu. Wokół mnie zgromadziło się ośmiu taksówkarzy. Jeden z nich po zobaczeniu adresu hostelu, powiedział, ok zabiorę Cie tam. Pytam: za ile? On na to 1000 Bath. No to mnie skutecznie obudziło. Co? - zapytałam z charakterystycznym wyrazem twarzy. Dziękuję, poradzę sobie inaczej. On na to: ok, to ile? 400 Bath powiedziałam. Próbował jeszcze 600 i 500 ale się uparłam i pojechałam za 400. Możliwe, że mogłam utargować jeszcze więcej, ale zmęczenie robi swoje.
Jestem sobie ponownie w Bangkoku. Wszystko jest znajome, nie to co podczas pierwszej wizyty. Już nie ruszam się po omacku, mam większa pewność siebie.

Wszystko jest takie samo a jednak inne. Ja też...

Nasz wagon "sypialny"

Tajski chłopak sprzedający ciepłe posiłki

Kolejny handlarz


I jeszcze jeden - tym razem ze słodyczami

Tajska dziewczynka znalazła swoje miejsce do spania - na podłodze

Gdy już nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić - zatopiłam się w pisaniu

niedziela, 19 maja 2013

Ludzie w podróży i psia trauma

"Będę za Tobą tęsknić, to było cudowne móc Cię spotkać w mojej podróży." - niemalże jednocześnie padły te słowa z moich ust oraz mojej greckiej koleżanki. Dziś wraca do domu. Podjechał minivan, wrzuciła plecak, wyściskałyśmy się tylko chwilkę bo emocje były za duże żeby stać w objęciach dłużej. Pomachałam na do widzenia i pojechała. Kolejne rozstanie. To niesamowite jak szybko można zawrzeć głęboką znajomość, gdy się jest w podróży. Wtedy wszystko dzieje się z niesamowitym wręcz przyśpieszeniem. Łączą was podobne doświadczenia, cel, przemyślenia i emocje powstające podczas podróży. To kolejne "rozstanie" podczas mojego pobytu w Tajlandii. Zostałam sama więc może stąd melancholia postanowiła dotrzymać mi towarzystwa. Za każdym razem było trudno. Cudowni ludzie, często tak inni niż ja, pojawiają się w moim życiu, bo o to prosiłam. Wołałam ich. Każdy z nich przybył z jakimś darem: słowem, ciepłem, mądrością, przekazem, jedwabnymi spodniami, kapeluszem, olejkiem kokosowym czy .. z miłością. Zostawił w moim sercu i umyśle część siebie. Jestem za to wdzięczna. Wyspy przypływają i odpływają a ja stoję niezmiennie w centrum mojego Jestestwa. Tak, to piękne i całkowicie się z tym utożsamiam jednak słowa te nabierają mocy dopiero po tym jak emocja zwana smutkiem zrobi im miejsce. 
Wczorajszy dzień postanowiłyśmy spędzić możliwie najciekawiej jak się da. Z samego rana zawitałyśmy do schroniska dla zwierząt w którym pracuje nasza portugalska koleżanka, którą poznałyśmy w dżungli. Do schroniska podwiozła nas pięknym klimatyzowanym samochodem. Czteroletni chłopczyk otworzył nam drzwi po czym jednym stanowczym ruchem je zamknął. Siedziałam tuż za nim. Już po chwili odwrócił się do mnie i dał mi swoją rękę. Wygłupialiśmy się używając naszych dłoni. Poczułam niesamowitą energię płynącą od tego chłopca. Patrzył się na mnie uważnie po czym chichotał radośnie gdy tylko zaskoczyłam go nową zabawą. Poczułam niesamowitą więź z tym chłopcem. W takiej atmosferze po dziesięciu minutach dotarłyśmy do schroniska. Nasza koleżanka oprowadziła nas pokazując jak funkcjonuje tutejsze schronisko. Widziałam mnóstwo psów i kotów. Uwagę moją przykuł jeden pies, który jako jedyny miał otwartą klatkę i mógł wyjść na zewnątrz. Jednak nie uczynił tego od czasu gdy przyniesiono go do schroniska. Trafił tu w bardzo ciężkim stanie. Ktoś wylał na niego, świadomie lub nie, gorący olej. Cała jego skóra była poparzona. Ludzie ze schroniska zajęli się nim i jego fizyczne ciało wróciło do stanu pierwotnego, jednak emocjonalne nie. Nie ufa nikomu. Stałam tak i patrzyłam na niego a on na mnie. Próbowałam wyrazić spojrzeniem myśl - zaufaj raz jeszcze, nie wszyscy są tacy. Na tym świecie są ludzie którym możesz ufać. Patrzył tak na mnie ze smutkiem i rezygnacją choć po chwili w jego spojrzeniu zobaczyłam nadzieję. A może chciałam ją znaleźć. Nie wiem. Zastanowiło mnie jak jedno traumatyczne doświadczenie, może zmienić wszystko. Pojawiły się pytania czy można z tego wyjść, po jakim czasie, czy można wrócić do stanu z przed. Odpowiedzi na wszystkie pytania brzmią: tak. Tylko kto o tym decyduje? Moje dotychczasowe doświadczenia i wiedza zdobyta w różnych miejscach mówi mi, że to my jesteśmy autorem wszelkich zmian w naszym życiu. I jeżeli sami nie chcemy zmiany, to nikt nam nie pomoże. Wiem też, że czasem jesteśmy tak głęboko w ciemności, że trudno nam nawet sobie wyobrazić, że może istnieć coś innego, że mogę czuć się i żyć inaczej.

Czego potrzebujesz, aby wyjść z ciemności?

Obiad na plaży z moją grecką współtowarzyszką

Polsko-Portugalsko-Grecki Dream Team

Po sezonie - puste plaże

Jeden z barów na plaży czekający na turystów

Wypożyczony rower a my w wodzie :)

Maria wśród psów :)

Czy ten kokos na mnie spadnie?
Rowerem przez wyspę

Śniadanie w... niemieckiej restauracji :)