piątek, 23 sierpnia 2013

Kto jest z Tobą w szczęściu



Po dłuższej nieobecności wracam do JoQUEST i co najważniejsze -bardzo mnie ten powrót cieszy. Ostatnimi czasy zajęta byłam szeroko pojmowaną stabilizacją. A do tego potrzeba było pełnej koncentracji uwagi, zagęszczenia energii, fokusu czy jak jeszcze ten stan jest nazywany według różnych źródeł. Tak czy inaczej Jestem.
Kilka dni temu otrzymałam wiadomość od jednego z czytelników bloga JoQUEST, kogoś kogo znam również osobiście. Wiadomość ta zaskoczyła mnie niesamowicie. Choć nie wiem czy zaskoczyła jest dobrym słowem. Na myśl przychodzą mi słowa takie jak szok, zdziwienie, zasmucenie, rozczarowanie, niemoc. Każde jedno, jak już pewnie czujesz, nie ma dobrego wydźwięku. Podczas gdy ja opisywałam na blogu swoje przygody i przemyślenia podczas swojego pobytu w Azji, ktoś czytał o tym jaka jestem szczęśliwa i był zły że tak pięknie i z łatwością wszystko mi się dobrze układa. Życzył mi kryzysu, żebym posmakowała tej "ciemnej" strony i choć raz napisała o tym, że jestem zagubiona i że jest mi ciężko.
Czytając tą wiadomość poczułam jakbym dostała "obuchem w łeb". Przez chwilę nawet zaczęłam żałować że prowadziłam tego bloga. Wspomniałam już jakie emocje temu towarzyszyły. Ta osoba miała odwagę aby się do tego przyznać i przeprosić za negatywne energie wysyłaną w moją stronę. W tym czasie w życiu tej osoby były ciemne chwile i najzwyczajniej czytając o szczęściu innych nie czuła się komfortowo. Nie chodzi tu o przeprosiny, bo na nic one się zdadzą. Z jednej strony doceniam odwagę z drugiej zaś mam pytania w głowie typu: jak to?
Rodzi się też kolejne pytanie, czy ta osoba była osamotniona w swoich emocjach? W jak wielu umysłach cztelników bloga rodziły się podobne odczucia? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem. Nie to jest jednak najważniejsze. Zastanawia fakt, że robiąc coś z czystej potrzeby podzielenia się przemyśleniami, zainspirowaniem innych do działań czy też powiedzenia: tak, jestem szczęśliwa, można spotkać się z tego typu reakcją.
 

czwartek, 11 lipca 2013

Talk Doesn’t Cook Rice

W wolnym tłumaczeniu – samym gadaniem ryżu nie ugotujesz. Przychodzi taki czas, że same rozmowy, czytanie książek czy uczestniczenie w nawet najwspanialszych warsztatach i szkoleniach najzwyczajniej nie wystarcza. Księgarnie przepełnione są bestsellerami z których możemy dowiedzieć się jak stać się bogatym, jak przyciągnąć do siebie wymarzonego partnera, jak znaleźć pracę którą pokochamy czy też jak rozwiązywać konflikty. W samej tylko stolicy codziennie możemy wziąć udział we wspaniałym szkoleniu czy warsztacie dzięki któremu dowiemy się jak zmienić coś, co nam przeszkadza. Przywołuje pamięcią sytuację z przed kilku lat, gdy prowadziłam tak zwane podwójne życie. Jedno miało miejsce podczas czytania rozwojowych książek czy też uczestniczenia w przeróżnych szkoleniach i warsztatach a drugie, jak zwykłam mawiać, było życiem „realnym”. To prawie doprowadzało mnie do schizofrenii. Dziś, podczas sesji coachingowych, moi klienci pokazują mi, że nie tylko ja miałam uczucie swoistego rodzaju rozdwojenia. Okazuje się, że zdecydowana większość je ma. Postawiłam sobie pytanie: dlaczego tak jest? Dlaczego wychodząc ze szkolenia jestem naładowana energią tak, że prawie góry przenoszę a moje ciało świeci światłem tak niesamowitym, że zaraz się zdematerializuje, a potem następnego dnia idąc do pracy rozbijam się na pierwszej ścianie. Dlaczego tak jest? Każdy z czytających ten tekst z pewnością znajdzie swoje własne odpowiedzi. Ja podzielę się swoim odkryciem.  Jesteśmy wspaniałymi, elokwentnymi, wszechwiedzącymi… teoretykami. Potrafimy prawić godzinami, siedząc w wygodnych fotelach z filiżanką ciepłej herbaty czy kieliszkiem czerwonego wina, kontemplując koncepty o których akurat się dowiedzieliśmy. Mówimy jeden przez drugiego wymieniając z podekscytowaniem swoje odkrycia w tym temacie. Moja przyjaciółka porównuje to do tak zwanych „prób stolikowych”, które mają miejsce w teatrze podczas pierwszej fazy przygotowań do spektaklu. Jest dobrze, że jeżeli czujemy taką potrzebę - rozmawiamy, dobrze że to robimy, dobrze że dzielimy się swoimi odkryciami z innymi. To może być kolejnym etapem tuż po pozyskaniu wiedzy z książki czy szkolenia. Często potrzebujemy to po prostu z kimś przegadać i nie ma w tym nic niewłaściwego. Pytanie tylko, jaki jest nasz kolejny krok, co robimy w następnej kolejności? Przecież wiedza, którą pozyskujemy czemuś służy. Samo nauczenie się kilku konceptów na nic nam się nie zda. Co zatem robić dalej. Przeczytaliśmy, dowiedzieliśmy się, przedyskutowaliśmy i… ? Następnym krokiem jest DZIAŁANIE. Jest wdrożenie wiedzy w nasze codzienne życie, tak, abyśmy nie żyli w dwóch światach. Oczywiście jeżeli jest to naszym celem. Zastanawiał mnie ostatnio termin „praca nad sobą”. Jest on dość powszechnie stosowany. Jeden z nauczycieli określa to terminem Great Work ( z ang. Wspaniała Praca). Mówi on, że dzięki niej możemy odkryć swój prawdziwy potencjał, możemy zobaczyć kim naprawdę jesteśmy i do czego jesteśmy zdolni. Mówi on również, że jest to WORK (z ang. praca) i że potrzebujemy się zaangażować i wdrażać w życie to, czego się dowiadujemy. Inaczej będzie to kolejny koncept o naturze teoretycznej, który sam z siebie na niewiele się zda. Z moich obserwacji wynika, że nie robimy kolejnego kroku, nie przechodzimy do działania, ponieważ:
  • nie do końca wierzymy że ma to przełożenie na życie, 
  • wierzymy że ma, ale nie wiemy jak to przełożyć,
  • wcale nie chcemy tego wdrażać, bo jest nam jeszcze całkiem wygodnie z tym co mamy,
  • odczuwamy niepokój przed wdrożeniem wiedzy w życie,
  • nie chcemy zmiany naszego życia.
Pewnie jest tego jeszcze więcej. To tylko kilka z możliwości. Każda z nich nie jest niewłaściwa i nie musi oznaczać że z nami jest coś nie tak. Odpowiadając sobie na pytanie dlaczego nie idę dalej, po prostu otrzymujesz odpowiedź z którą sam zadecydujesz co zrobić. Odpowiedź może być twoim kierunkowskazem mówiącym Ci, gdzie tak naprawdę jesteś. Na wszystko jest czas i nie chodzi o to abyśmy na siłę przyspieszali lub wymuszali nasze zmiany. Naprawdę nic nie musisz robić, jeżeli tego nie czujesz czy nie jesteś jeszcze przekonany. Jest ok. Czasem jednak bywa tak, że przeszkoda w nie robieniu kolejnego kroku jest maleńka i sami nawet nie wiemy że dojrzeliśmy już do tego. Jednak bez identyfikacji „przeszkody” nie będziemy wiedzieć czy jesteśmy wciąż przykuci łańcuchami do skały czy już dawno się rozkuliśmy i sami o tym nie wiemy. 
 
 

Twoje życie nie zmieni się ponieważ wiesz jak to zrobić, zmieni się kiedy będziesz ROBIĆ to, co wiesz.




 
 

wtorek, 25 czerwca 2013

Cierpliwość


To słowo ostatnio z jakiegoś względu przykuło moją uwagę. Jest to wyraz dość powszechnie stosowany i większość z nas niewątpliwie spotkała się z nim. Do tej pory słowo cierpliwość kojarzyła mi się przede wszystkim z czekaniem a nawet swojego rodzaju cierpieniem z tego powodu. W końcu słowo „cierp” wchodzi w skład słowa cierpliwość.  Przez całe moje życie słowo cierpliwość miało nie do końca pozytywny wydźwięk. Nie lubiłam też, gdy mówiono mi: bądź cierpliwa. Z moim naturalnym buntem pytałam: dlaczego muszę być? Postanowiłam zatem bliżej przyjrzeć się temu jakże ciekawemu zagadnieniu.
Słownik wyrzucił mi kilka stwierdzeń bezpośrednio związanych ze słowem cierpliwość: uzbroić się w cierpliwość, znaleźć cierpliwość, być cierpliwym, cierpliwości, anielska cierpliwość, czekaj cierpliwie, irytacja, zniecierpliwienie, niecierpliwość. Znalazłam tż następujące wyjaśnienia: spokojne podejście do przykrych zdarzeń, szczególnie niemiłego cudzego postępowania, umiejętność zaakceptowania opóźnienia w otrzymaniu czegoś, umiejętność spokojnego czekania na rezultat, umiejętność znoszenia bólu.
Ciekawe, że w języku angielskim słowo cierpliwość (patient) oznacza również pacjenta i tłumaczone jest jako: ktoś, kto cierpi.
W wielu książkach o wydźwięku duchowym wielokrotnie pada to słowo. Cierpliwość. Ale czy aby na pewno w pełni znam znaczenie tego słowa? Postanowiłam się nieco zagłębić w temat i tak już jest, że jak się zagłębiasz to… znajdujesz.
Okazuje się, że cierpliwość nie ma nic wspólnego z czasem ani z czekaniem. Cierpliwość to stan bycia. Być cierpliwym to wiedzieć, że to o co prosimy, co chcemy zamanifestować w swoim życiu, otrzymamy. To nie czekanie ale absolutna pewność. Prosisz – Otrzymujesz. Będąc w stanie cierpliwości, mamy w umyśle czystą myśl, czyste pragnienie, bez jakichkolwiek osądów i uwarunkowań. Jakże często konstruujemy nasze pragnienia z tak zwanymi myślami towarzyszącymi, stawiając warunki. Dla przykładu mamy pragnienie, które wyrażamy następująco: tegoroczne wakacje spędzę na Bali. Jednak jakże często pojawiają się dodatkowe myśli: tak, ale za co ja wykupię te wakacje; czy mam na tyle pieniędzy; czy szef da mi urlop; czy będzie się miał kto podlewać kwiatki w moim mieszkaniu, gdy mnie nie będzie itd. To wszystko są nasze uwarunkowania, które skutecznie odbierają moc manifestacji naszego pragnienia. Często brakuje nam stanu całkowitej pewności i trzymaniu w naszym umyśle czystej myśli brzmiącej po prostu: tegoroczne wakacje spędzę na Bali. I kropka.
Zobaczyłam też, że i owszem, cierpliwość może mieć coś wspólnego z czasem bo „musimy” poczekać aż nasze pragnienie zostanie zrealizowane. Jednak tak naprawdę nie od cierpliwości to zależy a od naszej gotowości. Wiem, że to o co proszę otrzymam. Po prostu to wiedz.
Co mówią o cierpliwości inne źródła?
„Cierpliwość wskazuje na naszą ufność do Boga i jego wszechmocy i miłości. W Biblii cierpliwość jest docieraniem do celu, wytrzymując przeciwności, oczekując na wypełnienie się obietnicy.” Biblia Tysiąclecia
„Cierpliwość to stan w którym myśl jest bez ograniczeń, bez uwarunkowań i nie osadzona w czasie.”  Ramtha
„Musisz się teraz nauczyć, że tylko nieskończona cierpliwość wytwarza natychmiastowe rezultaty.” Kurs Cudów
Cierpliwość to wiedzenie, cierpliwość to pewność.

Rozważając temat cierpliwości, zobaczyłam, że często stosujemy słowa, których znaczenia nie do końca rozumiemy. Często też, powszechna interpretacja danego słowa częściowo lub nawet całkowicie pozbawia go jego prawdziwego znaczenia. Słowa są nośnikiem energii, niosą ze sobą określoną wibrację.
Jak wiele jest takich „zaklętych” słów w naszym powszechnym języku?


Przyjrzyj się w jaki sposób konstruujesz w głowie swoje pragnienia, marzenia? Z jakim przekonaniem je wypowiadasz? Czy aby na pewno masz absolutna pewność że się spełnią? A zatem - czy jesteś cierpliwy?

wtorek, 11 czerwca 2013

Kolejną podróż czas zacząć :)

Okres zwany aklimatyzacją po podróży dobiega końca. Harmonijnie przeszłam z czterdziestostopniowych tropikalnych upałów do chłodniejszej nieco temperatury, z wilgoci powodującej niewiarygodną wręcz produkcję potu do suchego powietrza. Tak, ciało też musi się przyzwyczaić. Po dwutygodniowej awersji do potraw składających się z ryżu i warzyw, dziś za nimi zatęskniłam. Oznacza to nic innego jak to, że proces aklimatyzacji dobiega końca. W poście, który pisałam tuż przed wylotem z Tajlandii, użyłam stwierdzenia że gdy jedna podróż się kończy, inna się zaczyna. Tak też jest w rzeczy samej. Moment powrotu z azjatyckich wojaży był jednocześnie momentem, gdy rozpoczynało się coś nowego, gdy rozpoczęła się nowa podróż. Zawsze tak jest. Każdy kolejny krok, każde kolejne działanie prowadzi nas minimum jeden stopień wyżej. Minimum, bo może się okazać, że jednym aktem weszliśmy kilka schodów wyżej, lub też, że podesłano nam windę, którą wjechaliśmy na wyższe piętra. Z tej perspektywy możemy zobaczyć znacznie więcej. Pamiętam, jak zwiedzaliśmy jedną ze świątyń buddyjskich, która składała się z ośmiu pięter. Na każdym z nich mogliśmy zatrzymać się na tarasie widokowym i obserwować "ta samą" rzeczywistość. Za każdym razem widzieliśmy więcej, widzieliśmy więcej połączeń. Będąc na pierwszym piętrze widzieliśmy sąsiednie budynki a wchodząc wyżej mogliśmy zaobserwować co to są za budynki, jak się łączą z innymi i... co jest za nimi. Szersze pole widzenia. Przebywając na parterze całe życie nigdy się nie dowiemy co jest za sąsiednim blokiem. A co jeśli tam jest to o czym marzymy, jest tak dostępne, na wyciągnięcie ręki. Warto zatem wejść wyżej. Od kilku lat wchodzę wyżej i bardzo mnie ta wspinaczka fascynuje. Czytam książki, medytuję, kontempluję, uczestniczę w szkoleniach i warsztatach, uczę się od każdego. Podróż do Azji była między innymi potrzebą sprawdzenia jak potrafię zastosować w praktyce całą wiedzę, którą przyswoiłam przez ostatnie lata. Wieloma z moich odkryć i przeżyć dzieliłam się na blogu. Zawsze interesowało mnie praktyczne zastosowanie wiedzy, a to może się odbyć jedynie przez doświadczenie, fizyczne odczucie. Jak się ma na przykład stwierdzenie "strach to iluzja", które widziałam na ścianie Facebooka, do realnego nocnego przejścia przez tropikalna dżunglę, która... żyła. Weryfikowało się wtedy całe moje myślenie na ten temat, bo musiałam przyjąć odpowiednią postawę. No cóż, powiedzenie sobie wtedy, że strach to iluzja na niewiele się zdało. Moja podświadomość najzwyczajniej tego nie kupowała. Potrzebowałam zrobić coś innego - potrzebowałam znaleźć swój sposób na poradzeniem sobie z lękiem który wtedy się pojawił. Znalazłam. Moment znalezienia własnego rozwiązania jest cudownym momentem.  To jedynie jeden z przykładów z mojej podróży. Przeglądam swoje notatki z odkryć, jakie się pojawiły w trakcie wyjazdu, oglądam zdjęcia i wspominam przygody dzięki którym zdobyłam ogromne doświadczenie i zweryfikowałam swoją dotychczasową wiedzę. Nawet się nie spodziewałam że jest tego aż tyle :). To cieszy ogromnie.
Jest to bardzo pomocne w mojej codziennej pracy z ludźmi jako coach i trener rozwoju osobistego. Każdego dnia rodzi się nowy pomysł, nowe narzędzie służące ogólnie pojmowanemu wzrostowi, którym to z radością będę się dzielić z tymi, którzy będą zainteresowani podróżą do swojego wnętrza.

Dziś usłyszałam jedno zdanie, które do teraz bardzo bije mi w uszach: 

"Musisz być gotowy na zmianę, musisz być gotowy na pełne zaangażowanie w swój proces. Jeżeli nie jesteś, będzie to tylko strata czasu." 

To dość radykalne i moce stwierdzenie jednego z moich nauczycieli, ale jakże prawdziwe...

piątek, 7 czerwca 2013

Spełnianie oczekiwań czyli jaki mam projektor


Minęły niespełna dwa tygodnie od postawienia moich stóp na „ziemi ojców”, jak to ktoś fantazyjnie nazwał. Ciekawy czas. Czas, którego gdzieś z tyłu głowy się w pewien sposób obawiałam. Przypominałam bowiem sobie moje wcześniejsze powroty z dłuższych pobytów w USA czy w Portugalii. Wtedy na scenę wyskakiwały po kolei: przygnębienie, porównywanie, smutek by końcu depresja to wszystko przypieczętowała. Ale zaraz, pomyślałam, kto zaprasza na scenę emocje? Kto decyduje o tym, że akurat teraz wystąpi rozpacz a nie radość czy ciekawość. No ja o tym decyduje przecież. Co za „odkrycie” :). Czasami o tym zapominamy i wtedy to jest naszym odkryciem. Samodzielny wyjazd kobiety w tak odległy zakątek ziemi budził ogromne zainteresowanie moich przyjaciół, rodziny, znajomych i innych czytelników bloga, których nie poznałam jeszcze osobiście. Powrót też budzi. Pojawiają się pytania: co teraz, co dalej, jakiem mam plany, jaka będzie moja następna destylacja, co z moją miłością? To wspaniałe, że można usłyszeć te pytania. To też może być bardzo obciążające, jak się okazało. Tego rodzaju pytania stawiane w dobrej wierze budzą do życia energię presji i potrzeby udzielenia odpowiedzi satysfakcjonującej pytającego. Często dwoimy się i troimy, nie mając specjalnie pomysłu, jak tu odpowiedzieć naszemu kochanemu rozmówcy. Wpadamy w sidła zwane „muszę sprostać oczekiwaniom”. Co za trzy mocne słowa w jednym zdaniu: MUSZĘ, SPROSTAĆ, OCZEKIWANIOM.
Muszę, czy ja naprawdę muszę? Może nie muszę, może sama sobie to brzemię wrzuciłam na plecy i teraz wydaje mi się że jest to moją powinnością.
Sprostać, wyprostować, czyli doprowadzić w tym wypadku swoje myślenie i działanie do myślenia i działania naszego rozmówcy. Zrobić z tego jedną prostą. Tylko czy aby nasza prosta na pewno chce się pokrywać z prostą naszego rozmówcy? Może nasza prosta biegnie równolegle?
Oczekiwania. To mocne słowo, które niejednokrotnie powaliło wiele idei. Już od dziecka coś się od nas oczekuje. W domu, w szkole, wśród dzieciaków. Chcemy spełnić oczekiwania innych, głównie tych, którzy w naszym myśleniu są „nad nami”. Mogą to być nasi rodzice, nauczyciel, guru, przyjaciel, który w naszym mniemaniu wie więcej od nas. Może to być ktokolwiek, przy kim czujemy się „niżej”. Dwa słowa: nad i pod. Może przyszedł czas aby stanąć ze wszystkimi na tej samej płaszczyźnie. Co nam daje, gdy myślimy o sobie że jesteśmy niżej czy wyżej niż inni? Co tym samym pielęgnujemy, co karmimy? Czy tego chcemy?
To naprawdę niesamowite uczucie móc przebywać z cudownymi ludźmi, słuchać ich opowieści, pytań, spostrzeżeń. Niech one służą inspiracji, natchnieniu. 

Nasz umysł jest jak projektor, do którego wkładając przeźrocza w postaci naszych wyobrażeń, naszych myśli, otrzymujemy na ekranie naszego życia ich rezultat. To proste.
Potrzebujemy być uważni, abyśmy wkładali do projektora przeźrocza, które czujemy naszym sercem, nie zaś te, które chcą widzieć inni. 

Każdy z nas ma swój projektor i nieskończony zestaw przeźroczy z których nieustannie korzysta. Poświęćmy czas na wyczyszczenie, ewentualne zreperowanie naszego projektora. Dokonajmy projekcji własnych slajdów. Gdy tak naprawdę wejdziemy w ten proces, będziemy pochłonięcie niezwykłością tego co zacznie się dziać. Wtedy projektor naszego sąsiada posłuży jedynie inspiracji do naszych własnych działań.

Niech zaświeci Słońce dla Twojej projekcji!!!

poniedziałek, 27 maja 2013

Błogosławię ludzi w moim życiu


Dwa loty cudownymi samolotami minęły dość szybko. Gdy niedzielnym wczesnym rankiem samolot dotknął płyty lotniska, łzy pociekły mi po policzkach. Chyba dopiero teraz do mnie dotarło, że jestem w Warszawie. Nie były to jednak łzy smutku. W jednej chwili napłynęły do mnie myśli o odwadze i ogromnym zaufaniu do siebie, do ludzi, do Ducha, jaka mi towarzyszyła przez całą moją podróż. Wciąż towarzyszy. Przytuliłam się mocno i podziękowałam sobie za to piękne doświadczenie, które tak starannie utkałam z moich marzeń. Na lotnisku czekała na mnie cudowna istota, moja bratnia dusza. Stała tak uśmiechnięta z pięknym kwiatem w ręce. Wpadłyśmy w swoje ramiona i stałyśmy tak dłuższą chwilę, jak to zwykle czyniłyśmy. Niech przywita i połączy się ciało, serce, duch i myśl. Gdy już wymieniłyśmy energię udałyśmy się do samochodu. Zapomniałam sprawdzić przed wylotem z Tajlandii pogody w Polsce i trochę mnie zaskoczył komunikat po wylądowaniu: Witamy w Polsce, na termometrze jest siedem stopni Celsjusza. Popatrzyłam na swoje gołe nogi i klapeczki z charakterystycznym: no tak.. Może się zahartuję, pomyślałam. Nie spałam od 29 godzin i pomimo tego, że czasem zakręciło mi się w głowie czułam się nad wyraz obudzona. Wypiłyśmy wspólną pyszną kawę. To niesamowite, ale czułyśmy jakbyśmy nie widziały się od tygodnia. Rozmawiałyśmy jak zwykle o nas, o tym co się podziało, czego doświadczyłyśmy, co nas to doświadczenie uczy, w jakim miejscu z sobą jesteśmy, czym akurat teraz się zajmujemy, jaki temat potrzebuje uzdrowienia, porzucenia czy zmiany. Wypiłyśmy kolejną kawę i przygotowałyśmy pyszne śniadanie. Były soczyste, czerwone pomidory posypane szczypiorkiem, ogórki, rzodkiewka, ser, oliwki i pyszny ciemny chleb z masłem. Łzy napłynęły mi do oczy po raz kolejny tego dnia. Jak dobrze. Jak dobrze zjeść takie śniadanie po kilkumiesięcznej przerwie. Mój anioł zapytał mnie, co będę chciała zjeść na pierwszy obiad po powrocie do Polski. Odpowiedziałam bez chwili zająknięcia: ziemniaki z koperkiem, jajkiem sadzonym i kefirem. Taki obiad też wspólnie przygotowałyśmy. Było nawet więcej. Była sałata w pysznym śmietanowym sosie! Co za rozkosz, iście królewski obiad. To niesamowite, jak powszednieje nam jedzenie. Przyzwyczajeni do tego, że zawsze możemy kupić składniki i po prostu przygotować sobie ten „zwykły” obiad, zapominamy o tym, że każdy kęs ziemniaka posypanego koperkiem może być ucztą dla podniebienia. Czasem warto za czymś zatęsknić, aby potem poczuć to w pełni i naprawdę celebrować każdy kęs… słowo, emocję, chwilę. W coachingu mówimy na to dysocjacja.
Po czterdziestu godzinach bez spania, wieczorem padłam na łóżko. Spałam jak dziecko :).
 
Czuję wielką wdzięczność za to, jakich ludzi mam wokół siebie. Tak bardzo się cieszę, że oni są, że mnie wspierają słowem, myślą i czynem. I znowu temat wdzięczności wraca. Chcę go wprowadzić na stałe do mojego życia. 

Po trzydziestu godzinach podróży...

sobota, 25 maja 2013

I gdy jedna podróż się kończy... inna się zaczyna

JoQUEST - w podróży do siebie. Tak jakiś czas temu, na kilka miesięcy przed wyjazdem do Azji, zatytułowałam swojego bloga. Dziś ostatni dzień na tym kontynencie podczas tej podróży. Różne emocje się przewijają: radość powrotu, tęsknota za krajem, rodziną, przyjaciółmi, jedzeniem wreszcie nostalgia i melancholia. Tak to zwykle bywa gdy opuszczamy miejsce, w którym... dużo się podziało. 
Na swojej drodze spotkałam mnóstwo cudownych ludzi z całego świata. Z jednymi łączyła mnie głęboka więź, inni byli moimi nauczycielami. Jeszcze inni wciąż są.
Podczas całego pobytu w Tajlandii miałam trzynaście różnych domów. Spałam na dmuchanej karimacie, macie bambusowej, na gołych kafelkach, w wygodnym łóżku królewskim, na glinianej podłodze. Miejsca te były klimatyzowane, wyposażone w wiatrak lub... bez jednego ani drugiego.
Przemieszczałam się tuk-tukami, samochodami, na pace samochodów, "naturalnie klimatyzowanym" autobusem, rowerem, skuterem, pociągiem bez klimatyzacji, łodzią i promem.
W Tajlandii na znak szacunku do miejsca ściąga się buty przed wejściem do domów, hoteli, sklepów, restauracji, salonów masażu czy biur. W nawyk weszło mi chodzenie wszędzie na boso i bardzo to lubię:).
Niemalże każdy sklep, biuro, stacja benzynowa, dworzec kolejowy, restauracja, biuro czy posterunek policji ma swój ołtarz, na którym codziennie rano pracownicy składają owoce, wodę i palą kadzidła. Wszystko po to, aby oddać szacunek sile wyższej. Widziałam niejednokrotnie jak się to odbywa i stwierdzam, że skupienia towarzyszącemu temu rytuałowi można pozazdrościć Tajom.
Kolorowe ulice Tajlandii przepełnione są skuterami. Jak się okazało nie trzeba mieć na niego prawa jazdy. Na skuterze można przewieźć całą czteroosobową rodzinę. Chłopcy w wieku mojego siostrzeńca (8 lat) prowadzą tuk-tukowe taksówki. Widok dość osobliwy, gdy mija mnie taki i mruga do mnie okiem zachęcając abym wsiadła.
Odwiedziłam buddyjską północ i  muzułmańskie południe. Nie wiem czy to wpływ religii czy inne uwarunkowania, ale ludzie różnią się diametralnie. Północ jest zdecydowanie bardziej radosna i otwarta.
Nauczyłam się siać ryż i karczować dżunglę. Można sobie wyobrazić jaka była moja wydajność robiąc to w 40 stopniowym upale z prawie 100% wilgotnością na otwartym słońcu. Dobrze że nie wymagano za wiele :). Mam na swoim koncie samotne przejście przez dżunglę i.. wciąż czuję pot cieknący mi po plecach - z gorąca i strachu.
W Tajlandii niemalże wszystkie kosmetyki mają charakter wybielający. Wszystkie zachodnie marki, jak Loreal czy Nivea mają oddzielną linię produkcyjną dla krajów Azjatyckich. Nie dziwi nic - w Polsce jest dokładnie odwrotnie, chcemy być bardziej opaleni.
Siedząc w plażowym barze usłyszałam: "Kawy?" Nie, dziękuję - odpowiedziałam. "Marihuany?". Szczególnie na południowych wyspach to normalne. Palą jak smoki.
Można się tu trochę pogubić, gdy na śniadanie, obiad i kolację jesz niemalże to samo. Ryż, curry, mięso, mnóstwo sosów, dipów i zieleniny. Wszystko jest bardzo aromatyczne z wyróżniającymi się smakami: ostry i słodki. Cukier jest tu obecny we wszystkich potrawach. Gdy pytasz o coś wegetariańskiego to patrzą się na Ciebie jak na chorą osobę. Tajlandia zdecydowanie nie jest krajem dla "nie jadających mięsa".
Nauczyłam się jak wybierać arbuza. Była to nie lada umiejętność, zwłaszcza, że przez tydzień byłam na detoksie i jadłam jedynie owoce, głównie arbuzy, czerwone papaje, ananasy i mango. Dozwolone były też musy owocowe. Pychotka :)
Ocean ukazał mi się w różnych odsłonach: kamieniste brzegi, skaliste zbocza, niebiańskie plaże. W każdym przypadku czuję respekt. Mogłam godzinami gapić się na fale. Sporo mnie nauczyły. Fakt, że są małe, nie oznacza, że zawsze takie będą. Wszystko się zmienia nieustannie.
Moje ciało wysmuklało. Nie wiem czy to przez pot, emocje, porzucanie starego czy przez coś innego...:).

Po co jedziemy w podróż? Każdy po co innego. Przynajmniej do takich wniosków doszłam po rozmowach z napotykanymi ludźmi. Nie padła ani jedna taka sama odpowiedź. Co lepsze, okazało się to, co zresztą ja też odkryłam, że jedziemy po coś a w trakcie podróży okazuje się że Wszechświat ma dla nas inny dar... Coś, czego się nawet nie spodziewaliśmy. Podróż, droga, czym ona jest? Czy każdy musi wyjechać w podróż? Przypominają mi się słowa mojego nauczyciela, mnicha z buddyjskiego klasztoru, który to podczas jednego z naszych spotkań powiedział mi, że jedyną podróżą, która muszę odbyć to podróż do siebie. To tak jak w filmie Matrix, napis nad kuchennymi drzwiami mieszkania wyroczni - Poznaj Siebie. Nasze wnętrze, tak rzadko tam zaglądamy. Szukamy na zewnątrz, szukamy w innych, do siebie nawet nie zaglądamy. 
Podróż do siebie realizowana poprzez podróż w inne miejsce. Czy potrzeba wyjeżdżać? Może tak może nie. Moje doświadczenie mówi mi, że czasem warto się wypuścić w nieznane. Mamy wtedy szanse zobaczyć się w innych, nietypowych okolicznościach. Mamy szansę zobaczyć nasze faktyczne myślenie i to jak sobie radzimy z emocjami. Nie oznacza to tylko podróży na drugi koniec świata. Nieznanym może być samodzielna podróż gdziekolwiek, nowa praca, nowe zajęcie, nowe hobby, nowa myśl itp.
U mnie był jeszcze jeden plus tego, że poszłam za usłyszanym głosem i zdecydowałam się wyjechać właśnie do Tajlandii. Dzięki temu mój anioł mnie znalazł...
Ostatnio żyję w różnych strefach czasowych. Dodaję i odejmuję godziny. Codziennie błogosławię Skypa, i fakt, że dzięki niemu mogę wymienić myśli i emocje z moimi bliskimi przebywającymi obecnie... na całym świecie.
Nikt mnie tu nie żegna, poza cudownym personelem mojego hostelu. Może to i lepiej, po co pielęgnować smutek. Z całym bagażem doświadczeń i odkryć dziś stawiam się na lotnisku w Bangkoku. Jedna podróż się kończy by inna mogła się zacząć. Czuję ciągłą obecność bliskich mi dusz i dziękuje Wam za to z całego serca!!!
  
Czy to koniec JoQUEST? Padały pytania czytelników bloga. Cóż, właściwie to dopiero początek :) 


Nie muszę czytać Twoich myśli. To, jak działasz, pokazuje jak myślisz.


Idę dalej...
Czerpiąc z nauki mojego przyjaciela Buddy...

Wykorzystując potęgę kreacji...


  
Gdzie?



Jest tyle miejsc, gdzie chcę postawić swoje stopy...
Za nowe podróże!!! :)






czwartek, 23 maja 2013

Bangkok po raz trzeci i nocne podróże w Tajlandii

Bangkok po raz pierwszy, po raz drugi i po raz trzeci. Już ostatni raz podczas tej podróży. Wczoraj opuściłam południową wyspę Koh Lanta i wsiadłam do miniwana, którym to przedostałam się do miasteczka Sura Thani aby złapać nocny autobus do Bangkoku. Na szybko zjadłam jeszcze vegetariańskie curry z... ryżem (dziwię się, że jeszcze nie mam skośnych oczu ;)) i zajęłam miejsce w klimatyzowanym autobusie - na górze, w pierwszym rzędzie. Było nas tylko dziesięcioro pasażerów, głównie backpackersów z całego świata. Zawsze się trochę denerwuję, gdy wiem że mam spędzić noc w jakimś pojeździe, gdzie nie będę mogła normalnie się wyspać. Do tej pory w Tajlandii odbyłam tylko jedna nocną podróż pociągiem.  Wraz z moim aniołem kupiliśmy bilety z Bangkoku na wyspę Koh Samuii. Spóźniliśmy się trochę bo zostało jedynie jedno wolne miejsce w wagonie sypialnym. Zaproponowano nam miejsce w innym wagonie, gdzie, jak nas zapewniono, siedzenia się odchylają i można się wyspać. Zdziwiła nas cena biletu, bo jak na taką odległość, była dość niska. Kupiliśmy bilety. Widząc pociąg stojący na peronie trzykrotnie upewnialiśmy się, czy to aby nasz. Tak, to był nasz pociąg. Kilkanaście wagonów, nasz ostatni. Idąc tak przyglądałam się warunkom panującym w przedziałach, cały czas mając nadzieję, że nasz będzie inny... Nie był. Wagon przypominający Kolej Mazowiecką z zamontowanymi na suficie wiatrakami, pootwierane okna, które służyły za klimatyzację. Siedzenia lekko odchylające się. Oj, nie ucieszyło mnie to. Perspektywa spędzenia nocy w takich warunkach powodowała we mnie lekki niepokój i zniechęcenie. Entuzjazm jednak nie opuszczał mojego anioła, który to z dziecięca wręcz radością przyglądał się "wyposażeniu" i zapewniał mnie, że będzie fajnie. No nie wiem - pomyślałam. Byliśmy jedynymi "białymi" w całym pociągu i wzbudzaliśmy zainteresowanie wszystkich współpasażerów. Pociąg ruszył a ja zaczęłam szukać wygodnej pozycji do spania. Przerobiłam chyba wszystkie możliwe assany nie znajdując żadnej, która by mi odpowiadała. Okazało się że byłam jedyną, która próbowała zasnąć. W bezpośrednim sąsiedztwie siedziała wraz z rodzicami tajska sześcioletnia dziewczynka, która cały czas mnie obserwowała i chichotała co chwila. Jakby tego było mało, wagon był oświetlony przez całą noc trzema silnymi neonówkami, z czego jedna znajdowała się centralnie nad nami. Gdy zmęczenie zdawało się wygrywać z panującymi warunkami i powieki się zamykały, skutecznie wybudzali mnie przechadzający się handlarze oferujący: ciepłe posiłki, mięso z grilla, słodycze, kawę itp. Do promocji swojego towaru używali głośnych nawoływań. Nie wierzę, po prostu nie wierzę co się dzieje. Musiałam mieć ciekawą minę, bo tajska dziewczynka śmiała się ze mnie coraz głośniej. Była może czwarta nad ranem, gdy wraz z aniołem padliśmy ze zmęczenia. Warto też dodać, że pociąg miał czterogodzinne opóźnienie, dzięki czemu spóźniliśmy się na prom na wyspę. Kolejna przygoda, zwłaszcza dla anioła przywykłego do buisness klasy :).
Wczoraj kolejna nocna podróż, tym razem autobusem. Po zajęciu wygodnego miejsca i przykryciu się kocykiem postanowiłam po prostu zasnąć. Gdy już byłam w tak zwanym stanie alfa dziwny szmer mnie z niego wybudził. Był to włączający się właśnie ogromnych rozmiarów telewizor, usytuowany centralnie przede mną. Kierowca postanowił zaprosić nas na seans filmowy -Men in Black 3. W sumie to był dobry usypiacz. Po skończonym filmie telewizor został wyłączony, światło zgaszone, a my wszyscy jak dzieci poszliśmy spać. Nie noszę zegarka, więc nie wiedziałam która była godzina gdy nagle zapaliło się światło i jeden z kierowców poinformował nas, że jesteśmy w Bangkoku i szybciutko trzeba wysiadać, bo on tu nie może stać. Tym razem autobus przybył dwie godziny za wcześnie. Kolejny etap - taksówka do hostelu. Wokół mnie zgromadziło się ośmiu taksówkarzy. Jeden z nich po zobaczeniu adresu hostelu, powiedział, ok zabiorę Cie tam. Pytam: za ile? On na to 1000 Bath. No to mnie skutecznie obudziło. Co? - zapytałam z charakterystycznym wyrazem twarzy. Dziękuję, poradzę sobie inaczej. On na to: ok, to ile? 400 Bath powiedziałam. Próbował jeszcze 600 i 500 ale się uparłam i pojechałam za 400. Możliwe, że mogłam utargować jeszcze więcej, ale zmęczenie robi swoje.
Jestem sobie ponownie w Bangkoku. Wszystko jest znajome, nie to co podczas pierwszej wizyty. Już nie ruszam się po omacku, mam większa pewność siebie.

Wszystko jest takie samo a jednak inne. Ja też...

Nasz wagon "sypialny"

Tajski chłopak sprzedający ciepłe posiłki

Kolejny handlarz


I jeszcze jeden - tym razem ze słodyczami

Tajska dziewczynka znalazła swoje miejsce do spania - na podłodze

Gdy już nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić - zatopiłam się w pisaniu

niedziela, 19 maja 2013

Ludzie w podróży i psia trauma

"Będę za Tobą tęsknić, to było cudowne móc Cię spotkać w mojej podróży." - niemalże jednocześnie padły te słowa z moich ust oraz mojej greckiej koleżanki. Dziś wraca do domu. Podjechał minivan, wrzuciła plecak, wyściskałyśmy się tylko chwilkę bo emocje były za duże żeby stać w objęciach dłużej. Pomachałam na do widzenia i pojechała. Kolejne rozstanie. To niesamowite jak szybko można zawrzeć głęboką znajomość, gdy się jest w podróży. Wtedy wszystko dzieje się z niesamowitym wręcz przyśpieszeniem. Łączą was podobne doświadczenia, cel, przemyślenia i emocje powstające podczas podróży. To kolejne "rozstanie" podczas mojego pobytu w Tajlandii. Zostałam sama więc może stąd melancholia postanowiła dotrzymać mi towarzystwa. Za każdym razem było trudno. Cudowni ludzie, często tak inni niż ja, pojawiają się w moim życiu, bo o to prosiłam. Wołałam ich. Każdy z nich przybył z jakimś darem: słowem, ciepłem, mądrością, przekazem, jedwabnymi spodniami, kapeluszem, olejkiem kokosowym czy .. z miłością. Zostawił w moim sercu i umyśle część siebie. Jestem za to wdzięczna. Wyspy przypływają i odpływają a ja stoję niezmiennie w centrum mojego Jestestwa. Tak, to piękne i całkowicie się z tym utożsamiam jednak słowa te nabierają mocy dopiero po tym jak emocja zwana smutkiem zrobi im miejsce. 
Wczorajszy dzień postanowiłyśmy spędzić możliwie najciekawiej jak się da. Z samego rana zawitałyśmy do schroniska dla zwierząt w którym pracuje nasza portugalska koleżanka, którą poznałyśmy w dżungli. Do schroniska podwiozła nas pięknym klimatyzowanym samochodem. Czteroletni chłopczyk otworzył nam drzwi po czym jednym stanowczym ruchem je zamknął. Siedziałam tuż za nim. Już po chwili odwrócił się do mnie i dał mi swoją rękę. Wygłupialiśmy się używając naszych dłoni. Poczułam niesamowitą energię płynącą od tego chłopca. Patrzył się na mnie uważnie po czym chichotał radośnie gdy tylko zaskoczyłam go nową zabawą. Poczułam niesamowitą więź z tym chłopcem. W takiej atmosferze po dziesięciu minutach dotarłyśmy do schroniska. Nasza koleżanka oprowadziła nas pokazując jak funkcjonuje tutejsze schronisko. Widziałam mnóstwo psów i kotów. Uwagę moją przykuł jeden pies, który jako jedyny miał otwartą klatkę i mógł wyjść na zewnątrz. Jednak nie uczynił tego od czasu gdy przyniesiono go do schroniska. Trafił tu w bardzo ciężkim stanie. Ktoś wylał na niego, świadomie lub nie, gorący olej. Cała jego skóra była poparzona. Ludzie ze schroniska zajęli się nim i jego fizyczne ciało wróciło do stanu pierwotnego, jednak emocjonalne nie. Nie ufa nikomu. Stałam tak i patrzyłam na niego a on na mnie. Próbowałam wyrazić spojrzeniem myśl - zaufaj raz jeszcze, nie wszyscy są tacy. Na tym świecie są ludzie którym możesz ufać. Patrzył tak na mnie ze smutkiem i rezygnacją choć po chwili w jego spojrzeniu zobaczyłam nadzieję. A może chciałam ją znaleźć. Nie wiem. Zastanowiło mnie jak jedno traumatyczne doświadczenie, może zmienić wszystko. Pojawiły się pytania czy można z tego wyjść, po jakim czasie, czy można wrócić do stanu z przed. Odpowiedzi na wszystkie pytania brzmią: tak. Tylko kto o tym decyduje? Moje dotychczasowe doświadczenia i wiedza zdobyta w różnych miejscach mówi mi, że to my jesteśmy autorem wszelkich zmian w naszym życiu. I jeżeli sami nie chcemy zmiany, to nikt nam nie pomoże. Wiem też, że czasem jesteśmy tak głęboko w ciemności, że trudno nam nawet sobie wyobrazić, że może istnieć coś innego, że mogę czuć się i żyć inaczej.

Czego potrzebujesz, aby wyjść z ciemności?

Obiad na plaży z moją grecką współtowarzyszką

Polsko-Portugalsko-Grecki Dream Team

Po sezonie - puste plaże

Jeden z barów na plaży czekający na turystów

Wypożyczony rower a my w wodzie :)

Maria wśród psów :)

Czy ten kokos na mnie spadnie?
Rowerem przez wyspę

Śniadanie w... niemieckiej restauracji :)
 

czwartek, 16 maja 2013

Pełna sprzeczności wioska rybacka

Dokąd prowadzi ten most? Zapytała mnie moja grecka koleżanka. Nie wiem, ale może warto to sprawdzić. Piękny, długi most zlokalizowany tuż przy przystani z której wypływają łodzie na pobliską wyspę. Nikt nawet nie spogląda w jego stronę. Przyciągnął nas i postanowiłyśmy postawić na nim nasze stopy. Most, zlokalizowany właściwie na oceanie, prowadził do niesamowitego miejsca - do wioski rybackiej. Wioska, w której skład wchodzi kilkadziesiąt drewnianych domków, usadowionych na drewnianych palach. Jeżeli chcesz się dostać do środka, musisz przepłynąć albo poczekać na odpływ. Na tarasach drewnianych domów siedzą mieszkańcy. Jedzą posiłki, palą papierosy (lub coś innego - tu jest to dość powszechne) lub po prostu siedzą, niemalże bez ruchu. W wodzie, w której widać sieci i kosze rybackie bawią się dzieci. Skaczą do wody z drewnianego mostka chichocząc przy tym niemożliwie. Jakiż to inny obrazek od tego który znam z naszego kraju, gdzie na większości podwórek widnieją znaki: zakaz kopania piłki, zakaz chodzenia po trawnikach, zakaz głośnych rozmów itd. Tu już pięcioletnie dzieciaki puszczone są samopas. Niesamowite. Idziemy dalej i widzimy mężczyzn naprawiających łódź. To znaczy tu się nic nie zmienia, jeden mężczyzna naprawia a trzech się przygląda - jak u nas :). Używają do tego kleju lub czegoś podobnego do żywicy. Nie mówią po angielsku stąd trudno zgadnąć. Wokół mnóstwo rozpadających się domów na drewnianych palach.  Trzymają się chyba tylko na słowo honoru. Podziwiam ludzi tam mieszkających. Mnie kojarzy się to z brakiem stabilizacji, brakiem bezpieczeństwa. Ale ja przecież dorastałam w innym środowisku. Z drugiej strony mostu, tej od oceanu cumują łodzie rybackie. Kolorowe. Każda z nich przyozdobiona jest pięknymi kwiatami. Miejsce pełne sprzeczności. Z jednej strony bieda, rozwalające się domy, brak stabilności, śmieci pływające w wodzie z drugiej uśmiechnięci i spokojni ludzie, dzieci z rozpromienionymi oczami. I jak tu sądzić. Na jakiej podstawie wydawać osąd. Jak zwykle, robimy to, patrząc przez swój pryzmat postrzegania sytuacji. Postanowiłam po prostu cieszyć się możliwością bycia tam, bez wydawania jakichkolwiek sądów.
Mój hostel, w którym mieszkam też jest zlokalizowany.. na wodzie. Tyle że warunki są totalnie inne i nie muszę przepływać aby się do niego dostać. Gdy otworze okno widzę pod sobą ocean. Fale obijające się o drewniane pale kołyszą mnie do snu. Niesamowite uczucie.

Most prowadzący do rybackiej wioski
Domy położone na wodzie

Szczęśliwi ludzie
Łodzie i dzieciaki w wodzie

Rodzina rybacka

Skoki do wody - ulubiona rozrywka
Dzieciaki :)

Wioska w całej okazałości

Tajska kobieta przechadzająca się po moście

Domy.. i cała reszta
Naprawa łodzi - jeden pracuje reszta nadzoruje czy dobrze kit położony

Widok na ocean

Chcesz do domu - płyń...

środa, 15 maja 2013

Ocean - kolejna lekcja

Ocean, poczciwy ocean. Choć własnie przekonałam się że słowo poczciwy za bardzo do niego nie pasuje. Po wyjściu z dżungli wraz z moją grecką koleżanką postanowiłyśmy przenieść się w inne miejsce, na drugi koniec wyspy. Mieszkamy sobie w małym, przytulnym domku dla gości położonym... na wodzie, na oceanie właściwie. Wybrałyśmy się też na uroczą plażę, gdzie najprawdopodobniej robione sa zdjęcia do wszystkich kalendarzy i pocztówek. Biały piasek, palmy resaturacyjki większe i mniejsze. Jednym słowem raj. Pokroiłyśmy naszego arbuza i po zjedzeniu położyłyśmy się na białym piaseczku. Ocean był spokojny. Lekkie fale obijały się o brzeg. Leżałyśmy sobie tak może z dziesięć minut w miejscu znacznie oddalonym od brzegu, gdy nagle przyszła fala, która nas nakryła i porwała wszystkie nasze rzeczy. Torebki, w których były telefon, ipad, profesjonalny aparat fotograficzny, pieniądze, poza tym nasze ubrania, buty, butelki z wodą. Mobilizacja nastąpiła w przeciągu ułamków sekund. Rzuciłyśmy się w pogoń za rzeczami. To wszystko tak szybko się działo, że nie wiedziałam co mam łapać pierwsze. Wszystkiego nie mogłam na raz wyciągnąć. Ocean to dawał, to odbierał zwyczajnie bawiąc się z nami. Po dłuższej chwili udało mi się wyciągnąć wszystko. Teraz gorsza część. Musiałyśmy uratować nasz sprzęt czyli telefony, ipad i aparat fotograficzny. Weszłyśmy do najbliższej restauracji prosząc o miskę z ryżem do której po uprzednim otwarciu, włożyłyśmy cały sprzęt. Ryż ma zdolności absorpcji wody więc.. miałyśmy nadzieję. Jak się okazało - zadziałało. Ipad działa, kamera działa tylko niektóre funkcję potrzebują serwisu a mój smartfon działał, jednak po rozładowaniu baterii przestał. Zabiorę go do Polski to zobaczymy. Ocean. Kolejna przygoda. Co on, ona chce powiedzieć tym razem? Że wszystko się zmienia cały czas. Że nigdy niczego nie można byc pewnym na sto procent, że nie można być pewnym że wiesz wszystko. Myślałam że fale są małe i wszystko jest ok a tu przyszła jedna większa i...wszystko się zmienia. Poza tym otrzymałam odpowiedź: nie śpij, zarówno w życiu jak i na plaży :). I .. nie bierz sprzętu elektronicznego na plażę. Kolejna lekcja od mistrza Ocean. 

Z wiadomych względów nie ma więcej zdjęć z pięknej, niebiańskiej plaży...